foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


„Nie wątpię, że w czasie dalszego scalania się wielkich narodów, narody angielski i amerykański dojdą do uznania swej jedności (…) Unia polsko-litewsko-ruska to nie było współżycie narodów pod jednym dachem, to był proces powstawania wielkiego narodu. Gdyby rozbiory nie przerwały tragicznie tego procesu, wielki naród, jednoczący w sobie wszystkie elementy, zamieszkałe od Gdańska i Połągi po Morze Czarne, byłby dziś faktem, który ciążyłby niezmiernie – i zbawiennie – na losach świata.” (Adam Doboszyński).


I. „Euro-Ameryka

Przeciwstawianie Ameryce – największemu światowemu rozsadnikowi demoliberalizmu – „prawicowego” obrazu Unii Europejskiej to czysta autosugestia, tworzenie sobie w wyobraźni sztucznych rajów. Unia Europejska bowiem sama jest atlantyzmem.


Prezydent Obama i proamerykańskie trio. Foto: akrockefeller.com

W pierwszej połowie poprzedniej dekady Unią Europejską tak naprawdę kierowali dwaj względnie antyamerykańscy politycy: kanclerz Gerhard Schröder i prezydent Jacques Chirac. Wtedy można jeszcze było się łudzić, że Unia dąży do emancypacji spod władzy USA i przekształcenia się w konkurencyjne względem Stanów centrum polityczne – i zauważmy, że właśnie w tym okresie (1999-2004) p. [Tomasz] Gabiś propagował koncepcję rozwinięcia UE w Imperium Europejskie na łamach redagowanego przez siebie, znakomitego „postkonserwatywnego” pisma „Stańczyk”. Nawiasem mówiąc, obaj ci politycy alternatywę dla orientacji amerykańskiej dostrzegali nie w Unii Europejskiej samej w sobie, ale w jej związku z Rosją. W swoich państwach obydwaj związani byli z orientacją rosyjską. Gerhard Schröder praktycznie od zawsze funkcjonował na niemieckiej scenie politycznej jako agent wpływu Moskwy. Będąc młodym prawnikiem, bronił lewackich terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii, inspirowanych i szkolonych przez tajne służby państw bloku sowieckiego. W okresie swego kanclerstwa nie przegapił chyba żadnej okazji, by kordialnie wyściskać się przed kamerami z prezydentem Putinem. Po zakończeniu urzędowania w 2005 r. został przez tego ostatniego wynagrodzony synekurą w radzie nadzorczej konsorcjum Nord Stream, budującego Gazociąg Północny między Niemcami i Rosją. Jacques Chirac w dawniejszych czasach wizytował stolicę Związku Sowieckiego i fotografował się z Leonidem Breżniewem, w nowszych – podkreślał, że jego drugim językiem nie jest angielski, lecz rosyjski.

Ostatni numer „Stańczyka” ukazał się w roku 2004. Później antyamerykańscy Schröder i Chirac ustąpili miejsca tandemowi proamerykańskiemu – Angeli Merkel i Nicolasowi Sarkozy’emu. Kurs polityczny ich poprzedników szybko poszedł w odstawkę. W 2009 r., w pięćdziesiątą rocznicę zawiązania Paktu Północnoatlantyckiego, Francja z pompą powróciła do wojskowych struktur NATO, które opuściła za rządów gen. Charlesa de Gaulle’a. Dwa lata później objęła obok USA przywództwo nad krwawą, cynicznie uzasadnioną inwazją na „niedemokratyczną” Libię (swój drugoplanowy udział miały w niej też niestety władze państwa polskiego). Mniej więcej w tym samym czasie Niemiecka Republika Federalna z błogosławieństwem Waszyngtonu organizowała działania obliczone na wywrócenie rządu „niedemokratycznej” Białorusi. Zgodnie z podanymi do wiadomości publicznej ustaleniami organów tego państwa pierwszoplanową rolę w animowaniu nieproporcjonalnie nagłośnionych wystąpień białoruskiej „opozycji demokratycznej” rok temu odegrała BND, czyli niemiecka Federalna Służba Informacyjna (wspierana, niestety, przez polską Agencję Wywiadu). Ostatnie, lecz nie najmniej ważne: po utworzeniu stanowiska szefa wspólnej polityki zagranicznej UE powierzono je Catherine Ashton, członkini elity rządowej Wielkiej Brytanii – od I wojny światowej tradycyjnego europejskiego sojusznika Ameryki.

Jeszcze bardziej, niż na polu polityki zagranicznej, podporządkowanie Unii Europejskiej hegemonii Stanów Zjednoczonych uwyraźnia się na polu polityki obronnej i bezpieczeństwa, prowadzonej w poszczególnych państwach członkowskich pod amerykański strychulec. Przeprowadza się w nich tak zwaną szumnie „modernizację” sił zbrojnych, czyli systematyczną redukcję liczebności armii i zmniejszanie jej budżetu, a w konsekwencji – stopniowe rozbrojenie państwa. „Modernizacja” ma prosty cel: obniżenie zdolności obronnych państw europejskich, uzależnienie ich w ten sposób od pomocy militarnej USA, a tym samym utrzymanie i wzmocnienie ich politycznej wasalności wobec Waszyngtonu. Jako punkt dojścia procesu „modernizacji” podaje się narzucany odgórnie przez amerykańskich planistów model „małej, sprawnej armii zawodowej”, czyli takiej, którą można w każdej chwili przerzucić szybko w najodleglejsze miejsca na ziemi, by tam mogła pełnić zadania sił pacyfikacyjnych, okupacyjnych i policyjnych w kolejnych neokolonialnych wojnach Stanów Zjednoczonych, jeśli zajdzie potrzeba. Taka „restrukturyzacja” armii odbywa się obecnie w Niemczech, państwie przywódczym Unii, gdzie pobór do wojska został zawieszony, jego budżet – poważnie zredukowany, a liczebność – na przeciągu minionych dwóch lat zmniejszona o ponad pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, przy czym zapowiada się jej dalsze ograniczanie. Niedawne wprowadzenie w Bundeswehrze możliwości podjęcia służby przez obywateli innych państw jeszcze bardziej upodobnia ją do bezideowej armii najemnej.

Analogiczny schemat (redukcje i cięcia przy jednoczesnym wstrzymaniu poboru) realizuje się w Polsce. Nawet w Szwecji, państwie tradycyjnie neutralnym i nie zrzeszonym w NATO (ale zrzeszonym w UE), zlikwidowano model armii narodowej (oparty na powszechnym obowiązku służby wojskowej) na rzecz komercyjno-kontraktowego modelu „małej, sprawnej armii zawodowej”. Poszczególne państwa członkowskie Unii Europejskiej posłusznie przebudowują swoje siły zbrojne tak, aby ich struktura była komplementarna z aktualnymi potrzebami USA. Narzucanej odgórnie „modernizacji” wojska stosunkowo najbardziej opiera się Francja. Nad Sekwaną wprawdzie też przeforsowano „uzawodowienie” armii (1996-2002), uzasadniając je, jak wszędzie, nowomową o „konieczności dostosowania się do nowych wyzwań”, i zniesiono pobór, niemniej francuska młodzież wciąż podlega obowiązkowemu przeszkoleniu obronnemu, a pomimo kolejnych redukcji siły zbrojne tego państwa wciąż liczą „aż” ok. 350 tysięcy ludzi (czyli mniej więcej tyle, ile przy swoim obecnym zaludnieniu powinna posiadać mniejsza od Francji Polska).

Unię Europejską niekiedy przeciwstawia się Stanom Zjednoczonym w sferze kultury, akcentując w tej dziedzinie wyższość Europy nad Ameryką. Tymczasem w świetle badań socjologów najwyższy poziom zamerykanizowania w Europie wykazują społeczeństwa Niemiec i Francji, państw przewodzących Unii. Tożsamość ideowa samej Unii Europejskiej opiera się zaś na spuściźnie „oświecenia”, demokracji, liberalizmie i ideologii „praw człowieka” – tych samych elementach, z których wyrosły USA. Wielkie tradycje kultury europejskiej są Ameryce obce i wstrętne, ale są też obce i wstrętne współczesnej Europie (Zachodniej). Państwa „starej Unii” w sferze najogólniej pojmowanych idei eksportują do pozaeuropejskich kręgów kulturowych ten sam wyrób, co Stany: konsumpcyjny styl życia (czyli „materializm praktyczny”), rozwiązłą, wulgarną i głupią popkulturę, papkę medialną, polityczną poprawność, pornografię i antykoncepcję. Na płaszczyźnie geokultury nie można dostrzec żadnej suwerenności UE względem USA.

Unia Europejska to nie żadne „imperium in statu nascendi”, lecz narzędzie USA do kontroli i dyscyplinowania państw Europy, sprawowanych ze współudziałem Niemiec. W środowiskach niemieckiej Prawicy do 1990 r. Niemiecką Republikę Federalną nazywano pogardliwie „republiką bońską”. Po zjednoczeniu (albo raczej wchłonięciu NRD) NRF pozostała tą samą, demoliberalną i zamerykanizowaną „republiką bońską”, przesuniętą geograficznie nieco bardziej na Wschód. Z punktu widzenia geografii idei Niemcy na mapie Europy tworzą dziurę, z której nic wartościowego nie wychodzi – i nic nie pozwala sądzić, by stan ten miał w przewidywalnej przyszłości ulec zmianie. Unię Europejską można równie dobrze nazywać Euro-Ameryką. Konsekwentnie, zamiast o atlantyzmie powinno się mówić o euratlantyzmie.

Berlin i Bruksela nie oferują żadnej rzeczywistej alternatywy w stosunku do Waszyngtonu. Na razie nie oferuje jej też, niestety, Paryż, zapomniawszy o tradycji pozostawionej przez gen. de Gaulle’a. Jeżeli nie w Unii Europejskiej, to gdzie szukać wizji geopolitycznych odmiennych od amerykańsko-zachodnioeuropejskiego New World Order?


Państwa Inicjatywy Środkowoeuropejskiej (ISE). Foto: uni-muenster.de

Wiele zależy od dalszego kształtowania się orientacji politycznej Rosji. Dopóki jednak nie wiadomo, jak ono pobiegnie – a nie da się wykluczyć, że górę weźmie tam orientacja zachodniacka – Polsce nie pozostaje chwilowo nic innego, niż dążyć do zacieśnienia kontaktów z pozostałymi państwami Europy Środkowej i Wschodniej, zaniedbywanych przez polskie rządy co najmniej od kilkunastu lat. Aby oprzeć je na gotowej infrastrukturze, można choćby reanimować Inicjatywę Środkowoeuropejską – zapomnianą ostatnio organizację międzynarodową, która formalnie nigdy nie przestała istnieć. Wbrew swej obecnej nazwie zrzesza ona nie tylko państwa Europy Środkowej, ale również Wschodniej i Południowo-Wschodniej, i to właściwie wszystkie, w tym nie należące do UE ani NATO. Zamiast wysługiwać się Ameryce na krańcach innych kontynentów, łudząc się, że w ten sposób uprawiają wielką politykę, polskie ośrodki dyspozycji powinny opracować i wdrożyć plan działań obliczonych na budowę poczucia solidarności politycznej państw tego obszaru. Wyrazem takiej solidarności byłoby na pewno wciąganie do współpracy z państwami regionu i w ogóle równouprawnienie w stosunkach międzynarodowych Białorusi, stanowiącej jeden z głównych obiektów ataku Euro-Ameryki. Granicząca z nią Polska mogłaby w ten sposób zainicjować ważne procesy polityczne – i tu też wypada dla niej widzieć wielkie zadanie na dziś.

Adam Danek
[tekst skrócony]

Źródło: http://xportal.pl/?p=2088 (25.01.2012)



Euro-Ameryka czy Słowiańszczyzna? – to pytanie o być albo nie być wielkiego narodu.

II. Idea Konfederacji Słowiańskiej w ujęciu Doboszyńskiego

„Z jednego szczepu, z jednego ludu biorą się narody małe. Wielkie narody narastają przez stop pokrewnych sobie ludów. Budują swą jednolitość żmudnie, przezwyciężają różnice w mowie i obyczaju, przemagają siły odśrodkowe i prądy separatystyczne. Wielki naród ma zawsze odłamy, które obok mowy oficjalnej używają jeszcze ciągle narzecza, będącego mową wrogiego sąsiada. Wielki naród jest zawsze w okresie przyswajania, rozszerzania się. Gdy te procesy zanikną, gdy ustabilizuje się ludność, naród zaczyna obumierać. Jego żywotność kończy się. A wraz z żywotnością kończy się wielkość. (…)

Jeszcze parę wieków temu naród szkocki był pod każdym względem odrębny od angielskiego, miał własnych królów, mowę i obyczaj i wojował bez przerwy z Anglikami. Dziś narody te się zespoliły. Element anglosaski, nie znajdując dalszej pożywki na swej wyspie, przeniósł się na inny kontynent, i dziś, przyswajając inne odłamy białej rasy, tworzy naród zwący się USA, będący właściwie przedłużeniem narodu angielskiego. Nie wątpię, że w czasie dalszego scalania się wielkich narodów, narody angielski i amerykański dojdą do uznania swej jedności, podobnie jak wydaje się możliwe rozszerzenie granic narodu niemieckiego jeszcze o narody skandynawskie, o Flamandów i Holendrów. Różnica w mowie między Fryzem a Tyrolczykiem jest niewątpliwie większa niż między Kaszubem a Hucułem. Mimo to naród niemiecki zrósł się w imponującą jedność i żywotność swą objawia sięgając coraz dalej.

(…)

W ostatnich latach szermowano ideą jagiellońską chcąc uzasadnić koncepcje tzw. „państwowe", koncepcje Rzeczypospolitej jako zlepka mechanicznego obywateli, uważających się za synów paru różnych narodów a złączonych jedynie uczuciem lojalności wobec wspólnego państwa. Miało to być państwo międzynarodowe w rodzaju nieboszczki Austrii, ale Austrii pozbawionej więzi dynastycznej, która stanowiła niewątpliwie jej główną przynętę. Takiej sztucznej koncepcji miała dać rumieńce życia właśnie idea jagiellońska. Rzeczpospolita Jagiellonów – zdaniem niektórych – to był niejako zajazd, w którym miało mieszkać obok siebie parę narodów, nie poświęcając niczego z swej odrębności, w zupełnej swobodzie konserwując swe narodowe oblicza, mowy i obyczaje. Wiązać je miało jedynie uczucie wierności dla tej Rzeczypospolitej, która była właściwie tylko szyldem i tarczą, chroniącą na zewnątrz to dziwne zbiorowisko narodów.

Powiem z góry, że zdaniem moim takie rozumienie idei jagiellońskiej jest z gruntu fałszywe. Ideę tę możemy określić tylko po skutkach, jakie wywarła unia polsko-litewsko-ruska i dwa wieki panowania Jagiellonów. Otóż co do oceny tych skutków nie może być wątpliwości: to nie było współżycie narodów pod jednym dachem, to był proces powstawania wielkiego narodu. Proces bardzo daleko posunięty w chwili rozbioru Rzeczypospolitej.

Rzeczypospolita jagiellońska, to narastanie wspólnego narodu polsko-litewsko-ruskiego, z obyczajem, prawem, kulturą i urządzeniami, na których rozwój składały się w swobodnym współżyciu wszystkie trzy jednoczące się ludy. Gdyby rozbiory nie były tragicznie przerwały tego procesu, wielki naród, jednoczący w sobie wszystkie elementy, zamieszkałe od Gdańska i Połągi po Morze Czarne, byłby dziś faktem, który ciążyłby niezmiernie – i zbawiennie – na losach świata.

(…)

Utworzenie wielkiego narodu było naszym celem od XIV wieku. Byliśmy bliscy tego celu w chwili rozbiorów. Musimy podjąć na nowo dzieło naszych przodków. Praca ta obliczona na wieki, toteż nie dajmy się zrazić trudnościami chwili obecnej, temu, że wizja wielkiego narodu może się w obecnej chwili wydać niejednemu utopią. W obecnej chwili, po stu pięćdziesięciu latach rozbiorów, po dwudziestu latach naszych własnych błędów, w chwili gdy kraj nasz jest okupowany. Ale to, co dziś wydać się może utopią, stanowi naturalny ciąg naszych dziejów i w niedługim czasie wniknie w świadomość zbiorową narodu.

Dojrzewanie wielkiego narodu w granicach Rzeczypospolitej trwać musi parę wieków. Postępować będzie stopniowo, w niektórych okresach szybko, w innych wolno. Będą zapewne chwile, podobne do obecnej, w których wydawać się będzie, że wszystko stracone. Będą chwile zwątpienia, kiedy pojawią się defetyści, głoszący koncepcję Polski etnicznej. Ale idea wielkiego narodu musi w końcu zwyciężyć po prostu dlatego, że stanowi konieczność naturalną, realizującą się od wieków.”

(A. Doboszyński w artkule „Wielki naród”, Szkocja 1941 r.)

Adam Doboszyński, personalista, myśliciel i działacz OWP i SN. Zdjęcie powojenne: polskawalczaca.com







 

„Stworzył on pojęcie „wielkiego narodu”, rozumianego, jako naród bazujący nie na pierwiastku etnicznym, lecz kulturowym, zrodzony z mającej miejsce na przestrzeni wieków syntezy mniejszych narodów, wchodzących w skład jednego państwa. Za przykłady wielkich narodów, Doboszyński dawał Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Indie, Hiszpanię, a nawet (co wydaje się bardzo kontrowersyjne) Związek Radziecki i Jugosławię. Za historyczny przykład wielkiego narodu, uważał też Pierwszą Rzeczpospolitą. Sądził, że najlepszą koncepcją geopolityczną dla Polski byłaby próba budowy wielkiego narodu, wraz z innymi narodami Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak, aby stworzyć byt trwały, postulował on rzecz bardzo trudną w realizacji, jeśli nawet nie utopijną – budowę nowej świadomości narodowej i przejście z nacjonalizmu etnicznego na swoisty nacjonalizm narodowo-państwowy, co symbolizować miało przejście z płaszczyzny piastowskiej, na jagiellońską. Adam Doboszyński w swych geopolitycznych rozważaniach postulował stworzenie na terenach międzymorza bałtycko-czarno-śródziemnego, dwóch unii: Słowian Zachodnich i bałkańskich Słowian Południowych. Unia Słowian Zachodnich miała być sfederowana z Węgrami, Rumunią, oraz wspomnianą wcześniej Unią Bałkańską. Elementami jednoczącymi Unię miały być wspólne organy władzy: głowa państwa, parlament i rząd. Jednak do ich kompetencji należałyby wyłącznie sprawy dotyczące polityki zagranicznej, obronnej i kwestii spornych pomiędzy państwami narodowymi. Kolejnym elementem mającym, zdaniem Doboszyńskiego, przysłużyć się budowie wielkiego narodu, mogło być opracowanie wspólnego dla Słowian Zachodnich alfabetu, a nawet języka urzędowego.”

Zob.: Szczerbiec89, Adam Doboszyński, „Młodzież Imperium” nr 17 (lipiec 2009)
 http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI0017/zasoby/15.html

Opracował - Grzegorz Grabowski

Komentarze obsługiwane przez CComment

Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. Będziemy ich nękać tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi Żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym.
Israel Singer Dnia 19 kwietnia 1996r. na Swiatowym Kongresie Żydów