foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


Kiedy „przemówią działa” i agresor dokonuje inwazji, nikt nie ma wątpliwości, że dzieje się coś złego. Jednak, kiedy państwa tracą swoją suwerenność w sposób pokojowy, po cichu, ludzie często nie reagują. Dopiero po czasie mogą zauważyć, ile stracili. Tak było w przeszłości i tak dzieje się na naszych oczach.
Szczyt w Lizbonie, na którym przyjęto Traktat Reformujący UE jest bez wątpienia wydarzeniem przełomowym. Spełniają się marzenia różnej maści socjalistów, wolnomyślicieli i politycznych marzycieli o „wspólnej Europie”, gdzie nie będzie już wojen, a dumne narody ustąpią miejsca „społeczeństwu”, które będzie wolne od „zgubnego w skutkach patriotyzmu”. 

       Na drodze tym zamiarom stoją silne, narodowe państwa. Muszą więc zginąć. Dlatego ich prerogatywy przejmuje biurokracja UE, która – po wprowadzeniu w życie postanowień szczytu lizbońskiego – stanie się rządem wspólnej Europy. Z własną polityką nie tylko gospodarczą czy społeczną, ale również zagraniczną i – częściowo – wojskową; z własną osobowością prawną oraz odpowiednikami prezydenta i premiera.
        Na naszych oczach dokonuje się więc likwidacji suwerennych państw. Znaczenie parlamentarzystów i członków rządu „priwislańskiego kraju” spadnie do poziomu władz samorządowych, tyle, że z własną armią. Choć i tak, jak ma wyglądać oraz działać, będzie przede wszystkim decydować NATO i UE, nie Warszawa…
        Krótko mówiąc, pogłębi się stosunkowo powolna, bo rozłożona na lata, erozja polskiego państwa. Ułatwia to fakt, że ostatnimi czasy było ono wyjątkowo słabe, targane przez rozmaite, nie zawsze polskie grupy wpływów. Ale było.
         Takie wydarzenia już przerabialiśmy w naszej historii. W 1655 roku, kiedy Polska przeżywała bunt Chmielnickiego i atak Rosji część szlachty zgodziła się, by zastąpić nie lubianego Jana Kazimierza, Karolem X Gustawem, który miał odepchnąć wojska moskiewskie i zrobić porządek z ukraińską rebelią, a jednocześnie zakończyć długotrwały spór ze Szwecją. Później, kiedy zaborcy zlikwidowali Polskę, wielu osobom to nie przeszkadzało. Ot, zmienił się władca, jednak my pozostaliśmy sobą, a część twierdziła nawet, że lepiej będzie pod carycą niż zdrajcą i „ciołkiem” Poniatowskim. Wreszcie okres PRL. Iluż ludzi urodzonych w komunizmie nadal uważa, że było to państwo niepodległe? Wielu.
Słowem, okres utraty niepodległości, jeżeli nie towarzyszy temu hekatomba wojny, przechodzi bez większego echa, a zdrajcy, jak Hieronim Radziejowski, Stanisław Poniatowski czy kolejni członkowie Biura Politycznego PZPR postrzegani są nawet jak osoby opatrznościowe, zbawcy, dzięki którym „będzie się żyło lepiej. Wszystkim”.
          Jednak prawda szybko wychodziła na jaw. A my braliśmy się do odzyskiwania tego, co straciliśmy. Tyle, że to było już bardzo kosztowne. I teraz będzie tak samo. Dlatego jedyną możliwością jest przeciwdziałać teraz. Zawczasu. I oby tak się stało.
Łukasz Jóźwiak
(Biuletyn PRP nr 182)

Komentarze obsługiwane przez CComment

Tradycja naszych powstań i polityki powstańczej nie sprzyjała dojrzewaniu politycznemu ludzi i ci, co na tej tradycji kształcili swe pojęcia, nie mogli rozumieć polityki jako czynności, która sobie stawia jasny, konkretny cel i wybiera do niego odpowiednie drogi.
Roman Dmowski