W Jerozolimie przebywa grupa ochroniarzy agencji City Security. To efekt deklaracji prezesa firmy Benjamina Krasickiego, który zobowiązał się wysłać do Izraela swoich stu najlepszych ludzi. Mają pomagać izraelskiej armii i policji w zapewnieniu bezpieczeństwa obywatelom Izraela. Benjamin zadeklarował pokrycie wszelkich kosztów związanych z wyjazdem i pracą ochroniarzy. Na całą operację wyłoży 700 tys. dolarów. Pobyt ochroniarzy z Polski odbił się szerokim echem w izraelskich mediach. „Jerusalem Post” informację zamieścił na pierwszej stronie (obok relacji o spaleniu w Poznaniu kukły Żyda).



Niemniej entuzjastyczne były komentarze mediów polskich. Pisały: pierwsza grupa polskich ochroniarzy wspiera armię Izraela. Uczestniczyli już w patrolu po jerozolimskiej starówce. Towarzyszyli izraelskim żołnierzom. Wzięli udział w patrolu Policji Granicznej. Odbyli szkolenie z udziałem izraelskich antyterrorystów. Krzysztof Liedel, członek Rady Nadzorczej City Security, który też przebywa w Izraelu, tłumaczył: Dla ochroniarzy, którzy będą pilnowali porządku w Jerozolimie ustalony został harmonogram kolejnych działań, a także szkoleń dzięki współpracy z izraelskimi służbami. Jego zdaniem, podstawowy cel to: nauczyć się walczyć z terroryzmem, który niestety dotrze też do Polski. Liedel to b. dyrektor w BBN z czasów Komorowskiego i wykładowca w Collegium Civitas.

Z materiałów archiwalnych IPN wynika, że wstąpił jako ochotnik do MO i został skierowany do ZOMO, w 1988 złożył ślubowanie funkcjonariusza SB i MO, rok później został słuchaczem Akademii Spraw Wewnętrznych im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie. Przebieg jego dalszej kariery jest tajny. Akta utajnił ich poprzedni dysponent. Swoją drogą mamy kuriozalny przypadek -wykładowca akademicki pracuje równocześnie w firmie ochroniarskiej.

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Polsce polityką zagraniczną i bezpieczeństwa zajmują się nie MSZ, MON i MSW, ale... firma ochroniarska. Że pierwszy kontakt z Ministerstwem Obrony Izraela po powołaniu nowego rządu RP, nawiązało nie ministerstwo Macierewicza, lecz... City Security. „Jerusalem Post” (lub raczej donosi): w czasie wizyty ochroniarzy nawiązana została współpraca z przedstawicielami izraelskiego rządu (…) przedstawiciele firmy spotkali się z wiceministrem obrony Eli Ben Dahanem oraz wiceprzewodniczącym Knesetu. Ochroniarze nie omieszkali też zająć się, i też w imieniu Rzeczypospolitej, polityką historyczną. „Jako obywatele Polski w przeszłości mieliśmy, niestety, bardzo często okazję być świadkami ataków na Żydów” - napisał Benjamin Krasicki w liście do ministra bezpieczeństwa wewnętrznego Izraela Gilada Erdana. Nawiązując do II wojny dodał:„Dobrze wiemy, że ten kto zaczyna atakować was, na końcu obraca się również przeciwko nam. Było dla nas potężnym przeżyciem pokonanie wspólnej drogi przez Polaków i Żydów w Ziemi Świętej. To doświadczenie na pewno stworzy wspólną więź i zrozumienie naszych działań. Jestem głęboko przekonany, że możemy tworzyć partnerstwo na każdym poziomie, politycznym i organizacji edukacyjnych”.

Chodzi o poprawę wizerunku Polski – tłumaczył inny organizator wyjazdu ochroniarzy, z fundacji „From The Depths”. Fundacja - jak sama się reklamuje - prowadzi edukacją o holokauście, działalność na rzecz kombatantów, realizuje Projekt Matzeva, tj. przywraca na cmentarze macewy użyte jako materiał budowlany (biznesem ochroniarskim - przynajmniej oficjalnie - nie zajmuje się), była inicjatorem i organizatorem obchodów 69 rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Z tej okazji do Polski przyjechało 60 reprezentantów Knesetu, i była to największe posiedzenie Knesetu, jakie do tej pory zebrało się poza granicami Izraela.

„Polska firma ochroniarska ma być wsparciem dla funkcjonariuszy służb izraelskich z powodu intifady nożowników” - podała TVN24. „Chcemy chronić niewinnych” podał Benjamin. To nie żart. Wraz z Liedelem chronić będzie izraelskich przestępców na terytoriach, które Polska, ONZ, UE uznają za okupowane; pomagać jednej z najpotężniejszych ponoć i najlepiej wyposażonych armii świata, mającej najlepszy ponoć na świecie wywiad; bronić przed dzieciakami rzucającymi kamienie, strzelającymi z procy, przed kilkunastoletnią Palestynką kłującą nożem kuchennym okupanta, który wcześniej wyciął i sprzedał nowojorskiemu rabinowi nerkę ze zwłok jej brata. A może to celowe i przemyślane działanie pewnego lobby, mające na celu wciągnąć Polaków w konflikt palestyńsko-żydowski i na Polaków przekierować nienawiść Arabów? Sprowadzą do kraju tysiące uchodźców, a potem wyślą Polaków do walki z ich pobratymcami w Palestynie? I chyba tylko dyplomatyczny idiota nie domyśli się na kim wyładują swój gniew. Wiele, w kontekście terroryzmu, mówi się o bezpieczeństwie Polski, ale trzeba wiedzieć, że będzie ono możliwe tylko wtedy, gdy będą o nie dbali Polacy, a nie Benjaminy, Liedele i Mosad. Cieszy, gdy ABW łapie szpiega. Ale jeszcze bardziej cieszyło by, gdyby złapała tego, kto służąc w wojsku lub bezpiece obcego państwa, prowokuje „terrorystów” i naraża bezpieczeństwo Polaków. Bywamy, kupujemy, bierzemy udział w różnych imprezach w centrach handlowych ochranianych przez City Security. Zbojkotujmy je wszystkie, natychmiast, bo są zagrożone terrorystycznymi atakami.

Przy okazji pytamy: kto upoważnił firmę do pertraktowania z wojskiem i bezpieką obcego państwa, i tym samym wytyczania polityki bezpieczeństwa państwa? I jeszcze jedno - służba w obcej armii jest przestępstwem. Odpowiedzialność karną w tym zakresie przewiduje art. 141 k.k.: Kto, będąc obywatelem polskim, przyjmuje bez zgody właściwego organu obowiązki wojskowe w obcym wojsku lub w obcej organizacji wojskowej, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Problem pojawił się, gdy starającemu się o pracę w klinice marynarki wojennej w Saratoga Springs dentyście z Brooklynu, dr Gershonowi Pincusowi odmówiono certyfikatu bezpieczeństwa, „ponieważ jego matka i rodzeństwo mieszkają w Izraelu”. Sprawę opisał „Wall Street Journal” i „Jerusalem Post”. W Izraelu był tylko 3 razy w ciągu 10 lat – dziwiły się gazety. Przypomniały, że za Obamy podobnych przypadków było 58, tylko jeden dotyczył obywatela Francji, a żaden obywatela brytyjskiego. Amerykański Komitet Żydowski zwrócił się z apelem, aby zaprzestano takich „dyskryminacyjnych” praktyk. Lamentował: zadziwiające, że siły zbrojne USA oceniają lojalność amerykańskich obywateli tylko w oparciu o ich żydowskie pochodzenie i więzy rodzinne z Izraelem. Dla dobra tego kraju najwyższy czas skończyć z takimi praktykami - lamentował radca prawny Komitetu. Oficjalny powód odmowy: podwójna lojalność oraz zagraniczne kontakty i interesy, które mogą stanowić zagrożenie bezpieczeństwa. W Izraelu mieszka siostra, brat, matka Pinkusa, syn służy w izraelskiej armii, i odbywa z ojcem długie rozmowy telefoniczne. Jonathan Pollard, oficer wywiadu marynarki wojennej USA został przyłapany, gdy przekazywał tajne dokumenty attaché wojskowemu Izraela. Dla Mosadu był „kopalnią złota”. Miał nieograniczony dostęp do baz danych większości agencji wywiadowczych.

O jego uwolnienie zabiegał rząd izraelski oraz organizacje żydowskie. Nie wskórali nic. Wypuścić szpiega nie był w stanie nawet najbardziej proizraelski w historii USA prezydent, Bill Clinton. Sprzeciwiali się temu szefowie służb wywiadowczych. Amerykańskim Żydom casus Pollarda  odbija się czkawką przy ubieganiu o tzw. certyfikat bezpieczeństwa, tj. dostęp do informacji niejawnych, niezbędny przy zawieraniu kontraktów z federalnymi instytucjami wojskowymi i przemysłem obronnym. Narastająca podejrzliwość wobec Żydów, to nie tylko wina Pollarda, to także uznanie go przez społeczność żydowską za „więźnia Syjonu”. Radcy prawnemu CIA Adamowi Ciralsky'emu certyfikat odebrano, bo wziął udział w kibucowym obozie młodzieżowym i przekazał darowiznę dla United Jewish Appeal. To samo przydarzyło się specjaliście od technologii pancernej inż. Davidowi Tenenbaumowi, który tylko „praktykował” j. hebrajski z oficerami izraelskimi, i przyznał się śledczym FBI, że podczas owych konwersacji tylko „nieumyślnie” przekazywał im tajne dokumenty. A propos, z okazji 25 rocznicy operacji MOST, w ramach której przerzucono przez Warszawę (i za pieniądze Warszawy, tj. pieniędze ukradzione państwu polskiemu przez właścicieli Art-B) 60 tysięcy sowieckich Żydów, odbyła się impreza UB-owców polskich i izraelskich. W gronie organizatorów znalazł się gen. Rafael Eitan, b. szef jednostki szpiegostwa naukowego i technologicznego znanej pod hebrajskim akronimem Lakam, która zwerbowała Pollarda.

A propos podwójnej lojalności. Czy polski interes narodowy mógł być chroniony, gdy ministrem był agent, którego żona pracuje w instytucji szpiegowskiej służącej operacjom kapitałów żydowskich, a ambasadorem w najważniejszym dla naszego bezpieczeństwa państwie założyciel loży promującej interesy Izraela? Liga przeciw Zniesławieniu (ADL), która tak boleśnie pokąsała ministra Macierewicza oskarżeniami o antysemityzm, jest zbrojnym ramieniem tej loży, największą prywatną siatką szpiegowską w USA. A propos, „Gazeta Polska” incydent z ADL skwitowała: „żydowscy socjaliści”, zdradzając przy okazji schizofreniczny dylemat prawicy laickiej - być antykomunistą i równocześnie filosemitą.

Wracając do Pollarda – w USA o „żydowskim szpiegu” mówić wolno. Tam obywatel ma prawo o tym wiedzieć. Izrael obywatelstwo i pesel przyznaje automatycznie każdemu Żydowi stawiającemu stopę na lotnisku Ben Gurion. Jest więc wielce prawdopodobne, że nie tylko niektórzy ochroniarze, ale i niektórzy ambasadorzy, politycy i posłowie na Sejm skorzystali z tego przywileju, i Polacy powinni o tym wiedzieć. A propos, ADL zażądała od premier Szydło dymisji ministra obrony. Dziś, podobnie jak Żydzi żądamy od premier, ale nie dymisji lecz przydzielenia mu dodatkowej ochrony (oby nie tej z City Security).

Podejrzenia co do penetracji Polski przez tajne służby Izraela wzmaga przyznanie honorowego obywatelstwa Polski b. szefowi Mosadu. Elie Barbour, korespondent PR w Tel Awiwie, powołując się na izraelski portal „Walla” podkreślał, że nie wiadomo właściwie, za jakie zasługi. W dodatku obywatelstwo nadano w tajemnicy (co skłania do niecnych podejrzeń). Dlaczego? Przecież wszyscy powinni się cieszyć, że otrzymał je esbek z bratniego Izraela? Peter Schweizer w książce „Victory” pisał, że za pieniądze amerykańskie Mosad pracował nad rozbudową siatki szpiegowskiej w Polsce. Victor Ostrovsky, b. agent Mosadu twierdzi, że Izrael okazał pomoc Solidarności poprzez udostępnienie CIA kontaktów z ważnymi kręgami opozycji. Wg Reagana, miliony dolarów za pomocą siatki Mosadu przekazane zostały opozycji demokratycznej (czyli laickiej). Z wypowiedzi Kiszczaka wiemy, że Mosad miał swych agentów w gmachu przy Rakowieckiej. Konkluzja może więc być tylko jedna - bezpieczniacka wataha podczas transformacji ustrojowej przewerbowała się do Mosadu, a nawet przeszła na jego żołd, a dzięki wsparciu Mosadu kilku b. oficerów SB dosłużyło się stopnia generała. Trudno bowiem inaczej wytłumaczyć ich zaangażowanie w walkę z antysemityzmem, niezwykle korzystne (dla Izraela) kontrakty zbrojeniowe, honorowe i mniej honorowe obywatelstwa dla Żydów. Dziś dorzućmy do tego obsługiwanie stosunków z Izraelem poprzez agencję ochrony.

City Security ma w portfelu umowy na ochronę 55 centrów handlowych, do jej klientów należą PKP i Gazprom. Oferuje szeroki wachlarz usług, w tym niestandardowe:  detektywistyczne, zabezpieczanie korporacyjnych pomieszczeń i gabinetów prezesów przed podsłuchami, windykacje i egzekucje (pomoże więc, w razie, czego ściągnąć z Polski zaległości płatnicze, tj. 65 miliardów). Ponoć prowadzi interesy w 7 krajach od Turcji po Rosję. Od bohaterskiego wyczynu na jerozolimskiej starówce śmiało może się reklamować: „od Izraela po Rosję”. To także okazja do poprawienia wizerunku firmy, i... ucieczka przed prokuratorem. Śledztwo prowadzone przez Wojskową Prokuraturę w Poznaniu dotyczy afery w 22 Bazie Lotnictwa w Malborku, i bezpośrednio uderza w City Security, która przez cztery lata ochraniała obiekty i tereny wojskowe, w tym natowskie lotnisko. Policjanci wraz żołnierzami Żandarmerii Wojskowej z Elbląga przez półtora roku rozpracowywali działanie zorganizowanej grupy przestępczej. Z zebranych informacji wynika, że oprócz żołnierzy i pracowników jednostki, byli nimi przedstawiciele firmy ochroniarskiej. Ustawili przetarg pod kątem firmy, która nie spełniała standardów. Tym samym jednostka nie była chroniona, a wojsko płaciło za usługi, których firma nie wykonywała. Przekazywała za to korzyści majątkowe i zatrudniała członków rodzin wojskowych odpowiedzialnych za nadzór nad kontraktem. Media pisały o esbeckiej firmie, o kilkudziesięciomilionowych stratach; sugerowały powiązania z jakimiś agencjami zza wschodniej granicy, i to bynajmniej nie ochroniarskimi. Jeśli zarzuty się potwierdzą, wojskowym grozi do 10, a pracownikom firmy do 8 lat pozbawienia wolności. Swoją drogą, czy nie wstyd, że armię muszą ochraniać (i tym samym bronić) podejrzane firmy? I czy już wkrótce rząd ogłosi przetarg na ochronę granic Polski? Przy ubieganiu się o kontrakty z wojskiem lub o kontrakty na ochronę tzw. infrastruktury krytycznej niezbędny jest certyfikat bezpieczeństwa.

Jak pokazuje przypadek Pollarda i Pinkusa, ma on niezwykłą wagę w USA. Tam niemożliwe są żadne ustępstwa, nawet w odniesieniu do najbliższych sojuszników. Czy City Security taki certyfikat się należy? Działa na podstawie koncesji wydanej przez Ministra Spraw Wewnętrznych. Czy nie powinna być ona odebrana za niezgodność z miejscem i zakresem działania wyszczególnionymi w koncesji? A po co ten cały wstęp? A bo coś nam się wydaje, że wyczyny City Security i jej sponsorów na jerozolimskiej starówce to gra na filosemickiej nucie, próba wkupienia się starych esbeków w łaski PiS, przy wsparciu druhów z Mosadu, czyli walka o darowanie win i nowe kontrakty z MON.

Krzysztof Baliński


(tekst ukazał się w „Warszawskiej Gazecie” 8 stycznia 2016)