11 czerwca 2011r. przewodniczący Rady Politycznej i członek prezydium Zarządu Głównego LPR, prof. Maciej Giertych, przemawiając na warszawskiej konferencji programowej świętującej swe dziesięciolecie Ligi Polskich Rodzin, przedstawił „propozycję programu polityki zagranicznej” dla Polski. Propozycja ta (dostępna na stronie lpr.pl) budzi zdziwienie i sprzeciw.

Jej istotą jest kontynuacja dotychczasowej polityki zagranicznej: proamerykańskość, wspieranie NATO jako podstawy amerykańskiej obecności w Europie, sojusz polityczno-wojskowy z USA, zakładanie amerykańskich baz wojskowych na polskiej ziemi, udostępnianie Amerykanom polskich bogactw naturalnych, zabieganie o jak najlepsze stosunki (czyli spełnianie życzeń) z kołami rządzącymi Stanami Zjednoczonymi.

Wszystko po to – jak chce Giertych – aby „rozdzielać Niemcy, Rosję i Turcję od siebie oraz wymagać, by ich wzajemne relacje nie ignorowały interesów krajów pośrednich”, albowiem w Niemczech „prusactwo wygrywa z tradycjami zachodnimi, czyli, stosując terminologię Feliksa Konecznego, cywilizacja bizantyńska z łacińską.”, „Rosji nie zmienimy”, a „Turcja to nie Europa. Cywilizacyjnie jest turańska (jak Rosja) i wobec tego nie ma dla niej miejsca w strukturach UE, którą chcielibyśmy utrzymać jak najbardziej w kręgu cywilizacji łacińskiej.”

Prof. Giertych kusi nas mirażem wspólnej, amerykańsko-polskiej obrony „cywilizacji łacińskiej”, czyli czegoś, co już od dawna w Europie nie istnieje i co należałoby dopiero z mozołem i wbrew Ameryce odbudować (przede wszystkim poprzez odrzucenie liberalizmu, wdrożenie zasad personalizmu i wskrzeszenie społeczeństwa stanowego). Można by nawet pomyśleć, że Giertychowi marzy się przy tym jakieś nowe „przedmurze”, jakaś koalicja (zapewne proamerykańska) państw „od Finlandii po Grecję” pod przewodem Polski, broniącej swej niepodległości „w ramach imperium UE” (od kiedy to władza może być suwerenna w ramach obcego imperium, panie Profesorze?) i jednocześnie rozciągającej swego rodzaju „kordon sanitarny” w poprzek Europy. Kordon, który z pomocą Stanów Zjednoczonych mógłby w każdej chwili zamienić się w żelazną kurtynę.

Czytając te mrzonki o obronie niepodległości „w ramach”, przypomina się od razu rok 1939 i solenne zapewnienia „zachodnich demokracji”: że nie zdradzą, że dozbroją, że odciążą, że wesprą. A tamtej Polski już nie ma - zniknęła z dnia na dzień. Co więcej, nie ma też tamtej, gdzieniegdzie jeszcze łacińskiej, Europy i nie ma tamtych, współrządzonych jeszcze przez chrześcijan, Stanów Zjednoczonych, które – przypomnijmy – jako pierwsze poznały (dzięki uprzejmości urzędników ambasady hitlerowskiej w Moskwie) treść paktu Ribbentrop-Mołotow tuż po jego podpisaniu i czekały na wybuch wojny niczym na stan wojenny po ucieczce Kuklińskiego. Nie alarmując Polaków.

Każdy, kto otworzy telewizor spostrzeże z łatwością, że polskie domy i rodziny, polskie kobiety i dzieci są bezlitośnie atakowane (co najmniej od dwudziestu lat) nie przez żadne tam „prusactwo” i nawet nie przez prawosławnych imperialistów, lecz przez producentów, reżyserów i scenarzystów amerykańskich filmów, seriali i reportaży wojennych oraz przez tych, którzy te programy codziennie Polakom serwują. Wojna z polską kulturą, z chrześcijańską moralnością, z poczuciem i potrzebą sprawiedliwości trwa u nas w najlepsze i nic nam nie pomaga członkostwo w NATO, proamerykański serwilizm, ani udostępnianie złóż gazów łupkowych. Jeśli podstawą państwa jest ziemia, religia i narodowość (jak mówił Witos), a narodowość kształtuje kultura – to wnioski nasuwają się same. Wbrew obawom Śmigłego-Rydza, to nie Rosjanie zabrali nam Duszę. Zawłaszczył ją Zachód.

W sytuacji, gdy sami Amerykanie dogadują się z Niemcami, Rosjanami, a ostatnio nawet z talibami, profesor Giertych proponuje „nową” strategię „dwóch wrogów” (a nawet trzech, biorąc pod uwagę Turcję). Jak długo można nie chcieć się dogadać z sąsiadami? A porozumieć się trzeba: w siedemdziesiątą rocznicę wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej 1941 roku ministrowie spraw zagranicznych Rosji i Niemiec stwierdzili we wspólnym artykule na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że konflikt niemiecko-rosyjski już się nie powtórzy, i że oba te państwa będą wspólnie zabiegać o pokój i bezpieczeństwo w Europie. Cóż to oznacza, jeśli nie strategiczne partnerstwo między tymi państwami i w jaki sposób prof. Giertych zamierza się temu partnerstwu przeciwstawić? – Lecząc niemiecką „dżumę” amerykańskim „tyfusem”? Cui bono?

Wydaje się oczywiste, że najlepszą gwarancją dobrej współpracy jest osiąganie wspólnych korzyści. Długofalowych stałych korzyści. Gdyby udało nam się zerwać amerykański łańcuch i wypracować modus vivendi z Niemcami i Rosjanami, to zarówno Polska, jak i jej sąsiedzi takie korzyści niewątpliwie by sobie zagwarantowali. Rosjanie i inne narody słowiańskie powinny być szczególnie zainteresowane takim obrotem sprawy. Dominacja rosyjska (np. na Białorusi), czy niemiecka (np. w Polsce), to nie jest żadne rozwiązanie. Podobnie zresztą, jak podejmowanie się przez słabe państwa pełnienia roli kija wpychanego w szprychy gigantów.

Ś. p. Jędrzej Giertych już w roku 1948 przewidywał, że zwycięzcami zimnowojennych zmagań po II wojnie światowej będą „przeciwnicy Rosji”, wśród których („a więc w świecie anglosaskim i w rozmaitych krajach, środowiskach i kołach z obozem anglosaskim związanych.”) mogą uzyskać przewagę istniejące już od dawna „nieprzyjazne katolicyzmowi i krajom katolickim tendencje”, czego skutkiem będzie forsowanie w praktyce „programu najmniejszej i najsłabszej Polski”. Istotą tego programu miało być według Jędrzeja Giertycha:

a/ niedopuszczenie do tego, by Polska odzyskała swoje Ziemie Wschodnie i skazanie Polski „na szukanie oparcia w sąsiedzie zachodnim”;

b/ odebranie Polsce odzyskanych Ziem Zachodnich i „uczynienie jej kompletnie pozbawioną bezpieczeństwa od strony zachodniej, a ponadto wywołanie w niej głębokiego chaosu przez spowodowanie nowych, masowych przesiedleń”;

c/ związanie Polski „z innymi organizmami politycznymi w system federacyjny tak pomyślany, by skrępował ją w sposób jednostronny i faktycznie pozbawił ją niepodległości. Na rzecz tego systemu Polska zrzekłaby się suwerenności gospodarczej (własnego systemu celnego, własnej waluty itd.) i wojskowej. W systemie tym, częściowo środkami demokratycznymi (przewagą liczebną przeciwników Polski), a więcej jeszcze metodami ukrytymi, takimi jak: wzięcie w niewolę gospodarczą i finansową, jak zorganizowanie bijących wszelką konkurencję i niwelujących pod jeden strychulec opinię publiczną wielkich koncernów prasowych, jak oddziaływanie osobiste, korupcja, wpływy organizacji konspiracyjnych itp. – władza faktyczna, choć niekoniecznie formalna, zostałaby skoncentrowana w ręku czynników Polsce nieprzyjaznych. (...) Możnaby to zresztą pomyśleć również i inaczej – jednak zawsze tak, by federacja ta Polskę ubezwładniała i zamieniała w cudzą, gospodarczą i polityczną kolonię eksploatacyjną.”

Nietrudno zauważyć, że scenariusz ten realizuje się pomimo naszego sojuszu z USA, co świadczy o jego wartości.

W obliczu rysujących się zagrożeń Jędrzej Giertych wskazywał na jedyną drogę wyjścia: „Celem naszym jest prawdziwie wielka Polska. Polska od Sudetów do Dźwiny i od Zalewu Szczecińskiego do Prutu. Polska w pełni niepodległa. Polska wiążąca się politycznie z tymi, co pragną tego samego i boją się tego samego, co my, a więc których związki z nami powiększają zarówno ich, jak i nasze siły, i tworzą z nas nie domki z kart, lecz blok solidarny i mocny.

Słowa te powinny stać się drogowskazem dla twórców polityki propolskiej, którzy nigdy już nie powinni szukać przyjaciół daleko, a wrogów blisko, a tym bardziej uzależniać los narodu polskiego od egzotycznych sojuszy i papierowych gwarancji. Czyż bowiem wiążąc się z tymi, którzy pragną zaszkodzić Rosji zdołamy rzeczywiście powiększyć nasze siły i obronić się przed Niemcami? Od przeszło dwustu lat historia udowadnia, że tak wcale być nie musi.

Możemy natomiast „odzyskać” utracone Ziemie Wschodnie (przyjaźń ich gospodarzy) i obronić swe Ziemie Zachodnie, gdy ze stosunków pomiędzy Rosją, Polską i Niemcami zostanie wyeliminowane niebezpieczeństwo programu Polski „jak najmniejszej i najsłabszej” i zapadnie decyzja o korzystnej współpracy. Tego raczej nie da się dokonać w sojuszu z Amerykanami i w charakterze amerykańskiej bazy rakiet, tudzież amerykańskiego lotniskowca. Tu jest potrzebny „blok solidarny i mocny” – blok polsko-słowiański.

Polityka propolska powinna próbować go stworzyć.

Grzegorz Grabowski