foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


Kto panuje nad przeszłością, rządzi przyszłością” – przypominał kilka lat temu prof. Janusz Rulka w artykule pod takimże tytułem, opublikowanym w „Naszym Dzienniku” z dnia 10-12.11.2006 roku. Podstawowe konstatacje Autora dały się zamknąć w trzech punktach: 1. Polacy nie mają pełnego dostępu do Prawdy o własnej przeszłości; 2. manipulacja historią trwa, a „nasze wielkie środowisko historyków milczy!”; 3. edukacja historyczna wymaga świadomej polityki historycznej.

 

Zgadzając się w pełni z tymi stwierdzeniami, podkreślić należy, że prawda o przeszłości jest potrzebna narodowi po to, by mógł on w ogóle istnieć, by patrząc wstecz, na swe sukcesy i porażki, na mądrość i głupotę swych Przodków – mógł identyfikować się z dobrymi działaniami i je naśladować, a owoce złych działań potraktować jako ostrzeżenie przed powtarzaniem starych błędów. Nauka historyczna nie dająca narodowi możliwości wyciągnięcia korzystnych dlań wniosków, albo podsuwająca mu zgubne morały – jest nic nie warta, albo wręcz szkodliwa.

 

Jeśli czujemy się członkami narodu polskiego i chcemy nasz naród tworzyć teraz i w przyszłości, to musimy sami nad sobą panować: nad krajem, nad ziemią i jej bogactwami, nad instytucjami państwowymi i społecznymi, nad życiem gospodarczym i kulturalnym, nad mediami i finansami, a zwłaszcza nad naszą własną edukacją. „Trzeba, ażeby Polacy sobą rządzili, a nie, żeby ktoś nimi rządził!” – powiedział w 1922 roku Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, Stanisław Wojciechowski.

 

Ta zasada winna obowiązywać także w odniesieniu do edukacji historycznej i polityki historycznej. Jako naród polski, musimy zapanować nad własną przeszłością i sami sprawować rządy dusz w Polsce m.in. za pomocą prawdy o tym, co było dla nas niegdyś dobre, a co złe.

 

Nie łudźmy się – nie zdefiniuje dla nas tej prawdy „nasze wielkie środowisko historyków”, bo to przede wszystkim nie jest środowisko „nasze”. Historycy, podobnie jak dziennikarze, byli ustanowieni u zarania władzy komunistycznej do wypełnienia zadań propagandowych postawionych przez Komunistyczną Partię Związku Radzieckiego (za pośrednictwem PZPR) i wywiązywali się z tych zadań znakomicie. Przez dziesiątki lat aparat oświatowy Polski Ludowej wyprodukował tysiące historyków, którzy profesurę mogli otrzymać częstokroć tylko w jeden sposób: poprzez gorliwą służbę Partii komunistycznej i tworzenie zafałszowanych wizji przeszłości.

 

Co gorsza, wielu spośród prominentnych przedstawicieli „środowiska historycznego” nie przynależało do narodu polskiego i serwowało naszej młodzieży własne etniczne „prawdy”, zabarwione socjalistycznym sosem. Po tzw. upadku komunizmu ONI bynajmniej nie zniknęli: tak jak i w innych kluczowych dziedzinach życia dokonali „transformacji”, czyli przepoczwarzenia w Europejczyków, przekazując jednocześnie pałeczkę swym dzieciom, wnukom, czy starannie wyselekcjonowanym wychowankom.

 

Skostniały system hierarchii i awansów naukowych powoduje, że ONI nadal uczą polskich studentów, wydają książki, zalewają periodyki swymi artykułami, okupują Polskie Towarzystwo Historyczne, media elektroniczne i szereg największych wydawnictw. Są nie do ruszenia, mimo że – jak pisał prof. Rulka – nie obchodzi ich polityka historyczna, ani polski interes narodowy i państwowy w zakresie historii.

 

W tej sytuacji nasza nadzieja spoczywać musi na grupie tych historyków-Polaków, którzy nie hołdowali nigdy antysuwerennościowym trendom politycznym i zachowali wolę przekazania Polakom jasnej i wspólnej wykładni dziejów.

 

Tej wspólnej narodowi prawdy historycznej, pisanej przez Polaków dla Polaków, ciągle nie ma. Wchodząc do pierwszej lepszej księgarni, oglądając programy telewizyjne, korzystając z internetu, słuchając wykładów w szkołach – natrafiamy na poplątanie z pomieszaniem, w którym nie sposób się już rozeznać. Starsi mają zakodowane prawdy z epoki stalinowskiej, młodsi – z epoki Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego, a ludzie w średnim wieku wiedzą o przeszłości to, co mówiono im za Gierka.

 

Postpiłsudczycy gloryfikują Piłsudskiego, endecy obstają za Dmowskim; Powstanie Warszawskie jedni widzą jako czyn wspaniały, inni jako niewybaczalną głupotę. Zwolennicy sojuszu z USA stawiają pomniki Kuklińskiemu, przeciwnicy nazywają go zdrajcą; „okrągły stół” jest dla jednych oszustwem, a dla innych zwycięstwem Solidarności. Jednym słowem, panuje w opisie naszych dziejów przeraźliwy chaos, który nie uczy, lecz zniechęca, i to zarówno do naszej historii, jak i do samej idei Polski i polskości.

 

Od końca XVIII wieku nie mamy wspólnej, polskiej wykładni dziejów opartej na Prawdzie, lecz historyczne wersje tworzone w celu indoktrynacji społeczeństwa przez masonów, okupantów, zaborców i rządzące z obcego nadania kliki, albo przez historyków-patriotów, tworzących – z różnych pozycji – narodowe mity. Ideologizacja nauki historii i podporządkowanie jej politycznym trendom trzymającym nas w danej w chwili za gardło – jest faktem od przeszło 200 lat.

 

Szkoły pod zaborami nie wyrządziły przy tym tak wielkich szkód, jak szkoły PRL-u i dzisiejsze, ponieważ w XIX wieku nie było powszechnego obowiązku szkolnego (poza zaborem pruskim, 1825) i wolno było edukować dzieci prywatnie, w domach (jeszcze w II RP nauczanie domowe było zrównane prawnie z nauczaniem szkolnym). Natomiast wiek XX, to „walka o duszę dziecka polskiego”, która w warunkach przymusu szkoły państwowej i totalnego upolitycznienia życia społecznego, a potem powszechnej manipulacji za pomocą mediów elektronicznych – musiała przynieść totalne zniekształcenie i zaśmiecenie świadomości historycznej żyjących obecnie pokoleń.

 

Jeśli więc pragniemy odbudować jedność narodu, to musimy najpierw dać narodowi wspólny fundament. Fundamentami państwa są: ziemia, religia i narodowość – jak przypomniał Jan Paweł II w 1983 roku w Niepokalanowie. Fundamentem narodowości jest świadomość własnej tożsamości, a podstawą tej świadomości – znajomość własnych dziejów.

 

Dlaczego wspólna znajomość? – Bo naród ma być jeden, wspólny, a więc wspólne – mimo różnic środowiskowych, stanowych – ma być spojrzenie na przeszłość i wnioski z niej wypływające. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, a zatem nie można tworzyć i kontynuować narodu, opierając się na jakiejś syntezie historycznych doświadczeń różnych narodowości i grup posiadających tożsamość ponadnarodową. Żeby być suwerennym narodem, trzeba mieć własną historię. Dlatego dzieje Polaków powinni pisać Polacy, i taka jedna, wspólna historia powinna być wykładana w polskich szkołach i udostępniana dorosłym pod naszym polskim godłem.

 

„Trudno jest historii dociec prawdziwych prawd” (Napoleon), ale trzeba to robić. W przeciwnym razie będziemy nadal tkwili w zaklętym kręgu „ignorancji historycznej”, aż do zatraty narodowości! A kiedy ją utracimy, nasze wnuki nie będą już Polakami, lecz jakimiś Synkretystami. I nie będzie już Polski, tylko jeden wielki Pluralizm.

 

P.S. Ostatnie głodówki i akcje protestacyjne przeciwko ilościowemu rugowaniu historii ze szkół nie mogą nam przysłaniać faktu, że od dawien dawna rugowana jest przede wszystkim Prawda historyczna i podmieniana na takie wersje, które odpowiadają aktualnie panującym trendom cywilizacyjno-politycznym, niekoniecznie mającym coś wspólnego z cywilizacją łacińską-personalistyczną i z polityką propolską.

Komentarze obsługiwane przez CComment

Izraelska ekonomia jest w stanie rozkwitu. Izraelscy biznesmeni inwestują wszędzie na świecie. Izrael może poszczycić się niespotykanym sukcesem. Na dzień dzisiejszy, wygraliśmy ekonomiczną niezależność i wykupujemy Manhattan, Polskę i Węgry. (...) Dla naszego małego kraju jak nasz to jest naprawdę zadziwiające. Widzę, że wykupujemy Manhattan i wykupujemy Węgry i wykupujemy Rumunię i wykupujemy Polskę. To co widzę [pokazuje], że nie mamy z tym problemów. Dzięki naszemu talentowi, naszym kontaktom i naszemu dynamizmowi, [mamy] własności prawie wszędzie.
Shimon Perez Konferencja ekonomiczna w Tel Awiwie. Cytat ukazał się m.in. w "Maariv" oraz "Yediot Aharonot"