Deprywacja jest definiowana jako stan upośledzenia wywołany niezaspokojeniem istotnych potrzeb życiowych jednostki. Jest to spowodowane poprzez nierówny dostęp do dóbr materialnych i duchowych, których posiadanie ma istotne znaczenie dla jednostek. Według Ch. Glocka deprywacja wynika z faktu, iż jednostka porównuje swoją sytuację z innymi. Ten specyficzny poziom odniesienia może wywoływać poczucie deprywacji w wypadku istotnej różnicy w standardzie, (na niekorzyść osoby dokonującej porównania) będącym płaszczyzną porównania.



Stan ten może dotyczyć różnych dziedzin życia. Wyodrębnić można deprywację absolutną, która jest stanem skrajnego niezaspokojenia potrzeb jednostki oraz deprywację względną wynikającą z pogorszenia się warunków życia jednostki. Warto zwrócić uwagę, iż ostatni rodzaj deprywacji nosi często znamię subiektywnej oceny własnej sytuacji przez jednostkę i uwarunkowany jest od układu odniesienia w jakim ta konfrontacja jest dokonywana. Stan powyższy zachodzi gdy sytuacja jednostki ulega pogorszeniu, ale również brak zmiany sytuacji, lub zbyt wolna jej poprawa w stosunku do układu odniesienia powoduje, iż osoba taka czuje się upośledzona i pokrzywdzona (www.univ.rzeszow.pl/nauka/konferencje/nierownosci/.../48.doc).

 

W wydanym w 1984 r. przez Niezależny Ośrodek Myśli Politycznej w ramach Zeszytów Edukacji Narodowej opracowaniu pt. „Polska lat osiemdziesiątych. Analiza stanu obecnego i perspektywy rozwoju sytuacji politycznej w Polsce”, autorzy piszą:

 

„System komunistyczny wyróżnia się spośród innych systemów totalitarnych tym, że podstawą deprywacji obywatela czyni deprywację na płaszczyźnie ekonomicznej”. Autorzy definiują „deprywację ekonomiczną” w sposób następujący: „Komuniści dążą do maksymalnej deprywacji, tj. do zdegradowania obywatela – zarówno jako członka społeczeństwa, jak też osoby prywatnej – do roli quasi-niewolnika, utrzymywanego co prawda przy życiu, ale pozostającego w stałym poczuciu zagrożenia, na pograniczu możliwości przetrwania”. Z takim zjawiskiem mamy właśnie do czynienia po 1989 r. Upadła dyktatura (państwo totalitarne), ale na jej miejsce weszła tyrania, jeszcze bardziej groźniejsza, a mianowicie tyrania ekonomiczna, która ubrana w szaty demokracji daje pozory legalności. Zabija nie setki, nie tysiące, ale miliony ludzi, nie fizycznie, lecz psychicznie.

Niszczenie polskiego potencjału przemysłowego i wielkie afery

O ile komuniści do 1989 r. byli pozornymi właścicielami Polski, to po porozumieniach okrągłostołowych stali się rzeczywistymi właścicielami Polski. Obecnie w ich rękach są banki, przemysł wydobywczy i paliwowy, oraz większość środków przekazu. Decydowali też o wysprzedaży przedsiębiorstw. Sprzedawano więc całe przedsiębiorstwa, nawet te dobrze prosperujące, ale najpierw doprowadzano je do bankructwa. Brutalną konsekwencją było pozbawienie środków do życia milionów ludzi. Taka wyprzedaż nie miała nic wspólnego ani z wolnym rynkiem, ani z ekonomią. To była zaplanowana grabież. Przedsiębiorstwa polskie, które były konkurencyjne dla zachodnich, były wykupywane przez kapitał obcy, i następnie były doprowadzane do bankructwa. Zniszczono stocznie i gospodarkę morską. 70 proc. banków w Polsce jest w rękach obcych. Prawnie uprzywilejowano wielkie strefy ekonomiczne, a w ramach bitwy o handel polski uprzywilejowano hipermarkety, przeważnie niemieckie, co doprowadziło do likwidacji małych i średnich sklepów, a nawet dużych przedsiębiorstw mięsnych i przetwórczych. Była to druga bitwa o handel polski, pierwsza miała miejsce w 1947 r.

 

Na tak przeprowadzonej prywatyzacji wzbogaciła się oligarchia, której rodowód wywodzi się z komunistycznej „nowej klasy”. Korzystała ona w PRL z przywłaszczanych przez siebie dóbr nie bezpośrednio, lecz zasadniczo poprzez udział we władzy jako biurokracja polityczna odpowiednio wysokiego szczebla. Wielu z nich było po 1989 r. uczestnikami wielkich afer gospodarczych i przestępstw giełdowych, takich jak afera alkoholowa, benzynowa, papierosowa, drzewna, piwna, prywatyzacyjna, samochodowa i wielu innych. Do tego trzeba jeszcze dodać afery FOZZ i ART-B i wiele innych.

 

Pod hasłami urynkowienia i demokratyzacji Polska była krajem bezkarnej korupcji i zorganizowanej grabieży majątku narodowego, którym patronowali przedstawiciele najwyższych władz. Była to „epoka afer”, ale nikt nie został osądzony i ukarany (Oświadczenie Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego wydane w sprawie prób zatuszowania afery alkoholowej, 7. 06.1991).

 

Reformy przeprowadzone w 1990 r. przez Balcerowicza nie miały nic wspólnego z ekonomią. Było to niszczenie potencjału przemysłowego Polski i doprowadzenie milionów Polaków do skrajnej nędzy. Program Balcerowicza polegał na podporządkowywaniu polskiej gospodarki zaleceniom Międzynarodowego Funduszu Walutowego i radom harwardzkiego profesora Jeffrey’a Sachsa.

 

Efektem tych reform jest utrzymywane do dzisiaj wysokie bezrobocie, głębokie rozwarstwienie społeczeństwa, zwiększanie się nierówności, podziałów i niesprawiedliwości, zubożenie i degradacja licznych grup ludności, permanentne obniżanie się ogólnej jakości życia. Ludzie walczą o swój byt samodzielnie, każdy na własną rękę np. poprzez szukanie stosownych dojść i korzystne usytuowanie się w nowych układach lub poprzez chwytanie się sposobów nieformalnych czy też nielegalnych, byleby jakoś przetrwać.

 

W gospodarce kapitalistycznej inaczej układają się stosunki między pracodawcą a pracobiorcą, niż dawniej. Charakterystyczny jest typowo mafijny wymóg bezwzględnego posłuszeństwa pracobiorcy względem pracodawcy. Pracobiorca jest utrzymywany w strachu za pomocą stałego zagrożenia utratą pracy. W dobie wysokiego bezrobocia, zostaje on zmuszony do gorączkowej aktywności indywidualnej, do walki przeciwko wszystkim, z którymi musi rywalizować o lepsze ustawienie się względem szefa, byle tylko nie zostać zwolnionym. W konsekwencji takie postępowanie skłania go do bierności i zniechęcenia jako obywatela i członka społeczeństwa, do niezdolności zrzeszania się z innymi w celu wspólnego działania dla dobra wspólnego, jakim jest Ojczyzna.

 

Wielu pozbawionych pracy ludzi zakładało własne firmy, głównie butiki, ale przecież nie wszyscy ludzie mogą być handlowcami, rzemieślnikami, czy innymi przedsiębiorcami. Na założenie firmy potrzebny jest też kapitał. Upadające zakłady wypłacały pracownikom co prawda tzw. odprawy, ale one starczały tylko na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Na domiar złego, w dobie hipermarketów, rynek został przeładowany mnogością i wielością towarów, dlatego wielu przedsiębiorców po prostu bankrutuje.

 

Na każde 3 powstające firmy, aż 2 ulegają likwidacji. Rocznie ogłasza upadłość 250 tysięcy firm, co oznacza, że co 4,5 minuty dochodzi do zamknięcia jednej firmy (http://www.ecard.pl/eprofit.htm). Jak informuje Raport Coface w 2011 roku sądy ogłosiły upadłość średnich 723 polskich firm, co oznacza wzrost o 10,4 proc. wstosunku do roku 2010. Od 1990 r. upadło tysiące średnich i dużych przedsiębiorstw.

 

Współczesne państwo, żeby liczyło się w świecie, musi posiadać dobrze rozwinięty własny nowoczesny przemysł, w tym zbrojeniowy, tak jak np. Niemcy, Francja, czy Włochy. Polskie uczelnie kształcą co prawda inżynierów, konstruktorów, informatyków, ale nie mamy polskiego przemysłu. Nie ma więc polskiej myśli technicznej. Na kpinę zakrawa więc fakt, że w Polsce planuje się wydłużenie okresu nauczania, jak np. pomysł na 4-letnie gimnazjum. Rząd planuje też, że od piątego roku życia dzieci będą podlegały wychowaniu przedszkolnemu. Natomiast obowiązek szkolny dla sześciolatków będzie od 2014 r. Tak jak u Spartan, również rząd polski dąży do przejęcia od rodziców roli wychowania dzieci. Polskie uczelnie utrzymywane przez podatnika polskiego, kształcą specjalistów nie dla Polski, lecz dla UE.

 

Na portalu Interia ktoś ironiczne napisał: „Miały polskie stocznie produkować okręty, ale nie będą, bo je produkują Niemcy, miały polskie huty produkować stal ale nie będą, bo ją produkuje Francja, miała polska zbrojeniówka produkować broń ale nie będzie, bo znów Niemcy ją produkują... itd., itd. To co będzieMY produkować?”.

Prawo „terytorialne”

Ludzi traktuje się jak zwierzęta. W latach 50. XX w. uczeni, zwolennicy maltuzjańskiej (nazwa od Thomasa Malthusa) teorii, wymyślili że, „w życiu społecznym wielu gatunków zwierząt wyższych obowiązują pewnego rodzaju prawa terytorialne, które zabezpieczają cały gatunek przed groźbą sytuacji maltuzjańskiej. W tym przypadku ciężar nacisku maltuzjańskiego spada na mniejszość osobników wypieranych poza ten teren, gdzie są pozbawieni środków do życia, a populacja utrzymuje się znacznie poniżej maksymalnie możliwej gęstości. Łatwo można dowieść, że „prawa terytorialne” działają także wśród ludzi” (Carlo M. Cipollo, „Historia gospodarcza świata”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1965).

 

Prawo „terytorialne” odkryto obserwując społeczne obyczaje ptaków i ssaków. Wpływ tych praw na populację sformułowano następująco: „Gdy populacja stale wzrasta, wtedy lokalna gęstość zaludnienia nie może wzrastać w nieskończoność. Terytorialne siły obronne wypierają więc osobników w położenie marginalne, i w ten sposób zasoby optymalnego miejsca zamieszkania nie ulegają wyczerpaniu. Większość osobników wypartych wymiera, niektóre jednak mogą znaleźć niewykorzystywane dotąd terytorium nadające się do zamieszkania i w ten sposób rozszerzają zasięg gatunku. W rezultacie populacja utrzymuje się przy gęstości optymalnej albo poniżej optymalnej w miejscu najlepszym, a osobniki zbędne są wypierane na terytorium graniczne, gdzie muszą się przystosować do nowych warunków lub wyginąć” (G. A. Barthollmew i J. B. Birdseli. Cytat za: Carlo M. Cipollo, „Historia gospodarcza świata”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1965).

 

Tak to sobie wymyślili maltuzjanie, a kolejno zmieniające się rządy w Polsce prawo „terytorialne” zwierząt przenieśli na ludzi, i wdrażają w życie. Wprowadzony w Polsce w 1990 r. nieludzki system wyrzuca co roku na margines życia olbrzymią ilość Polaków. Jest to zbrodnia na narodzie polskim.

 

W latach 90. XX wieku Polska zanotowała największy wzrost ubóstwa spośród wszystkich 175 państw sklasyfikowanych przez ONZ-towski program rozwoju UNDP. Kojarzyła sie z biednymi krajami Afryki. W 2011 roku Polska w rankingu HDI (Human Development Index) zajmuje 39 miejsce. Z punktu widzenia statystycznego to właśnie nierówności społeczne tłumaczą stosunkowo niską pozycję Polski w tym rankingu na tle innych krajów europejskich. W 2007 r. Komisja Europejska opublikowała raport, w którym wykazano, że wśród wszystkich krajów UE w Polsce najwięcej dzieci żyje w biedzie, bo aż 29 proc. Wzywa ona Polskę do bardziej konkretnych działań na rzecz integracji społecznej i wzrostu zatrudnienia. Niestety, kolejno zmieniajace się rządy nic nie robią, by zwiększyć zatrudnienie, i polepszyć sytuację rodzin i dzieci polskich.

 

W połowie października 2011 r. podano komunikat w „Wiadomościach” TVP1, że w 2011 r. w skrajnym ubóstwie w Polsce żyje 2,1 mln osób, w tym 600 tys. dzieci. To, że w Polsce w skrajnym ubóstwie żyje 2,1 mln osób nie oznacza wcale że reszta społeczeństwa żyje zasobnie. Na skraju ubóstwa żyją miliony Polaków, a reszta żyje na kartach kredytowych. Według ostatniego raportu InfoDług za listopada 2011 r. długi, którymi może zająć się komornik i firmy windykacyjne ma dzisiaj 2,080 mln. Polaków. Znaczna część z nich to kredyty hipoteczne.

 

Według najnowszego raportu GUS, aż 17% Polaków zagrożonych jest ubóstwem. Ponad 5% obywateli żyje za mniej niż wynosi tzw. minimum egzystencji, co oznacza, że nie wystarcza im na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu sierpnia 2011 r. wyniosła 1 mln 855 tys. osób. A ile jest osób bezrobotnych niezarejestrowanych w urzędach pracy? Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej podało, że bezrobocie w styczniu 2011 r. wyniosło 13,3%.

 

Brak perspektyw dla młodych ludzi, choćby w sensie uzyskania zgodnego z aspiracjami i kwalifikacjami zatrudnienia. Ponad 2 mln młodych Polaków pracuje w Anglii, Irlandii i Szkocji, Norwegii i Finlandii. Ostatnio Niemcy otworzyli rynek pracy dla Polaków. Czy taka ma być przyszłość Polaków?

 

Ludzie nie wytrzymują psychicznie, dlatego gwałtownie wzrasta ilość samobójstw. Na wskutek utraty źródeł utrzymania co roku ponad 5 tys. Polaków popełnia samobójstwa. W 2011 r. na swoje życie targnęło się niemal 5,9 tys. Polaków, niemal tyle, ile co roku ginie w wypadkach drogowych. Zdaniem ekspertów alarmujące statystyki to porażka państwa i polityki społecznej - informuje „Dziennik - Gazeta Prawna”. Dodać należy, że raczej świadome działanie państwa, niż porażka.

Manipulacja danymi statystycznymi

W 2004 r. długość przeciętnego dalszego trwania życia dla noworodka płci męskiej urodzonego w Polsce wynosiła nieco ponad 68 lat. To znacznie krócej niż w innych krajach Europy Zachodniej. Dystans, jaki dzielił nas od czołówki europejskiej wynosił około 8 lat. Przeciętne dalsze trwanie życia dla Polki wynosi 76,6 lat. Zaś w większości krajów Europy zachodniej kobiety dożywają 80 lat. To właśnie po 2004 r. młodzi Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać za pracą na Zachód. Upłynęło siedem lat, i średnie życie Polaków cudownie się wydłużyło. Według danych GUS z 2011 r. średnia długość życia wynosi nieco ponad 72 lat. Natomiast czas życia kobiet wzrósł o ponad pięć lat do prawie 81 lat („Dziennik Gazeta Prawna,” 8 luty, 2012 r.). Dane te świadczą, że w Polsce jest więcej ludzi starszych niż młodszych.

 

Według danych Spisu Powszechnego przeprowadzonego w 2011 r. wynika, że Polaków jest 38,3 mln, ale faktycznie w kraju mieszka 37,2 mln. Ubyło więc w ostatnich latach około miliona młodych ludzi, w granicach wieku 20-30 lat. Ten ubytek młodych ludzi spowodował znaczny wzrost średniej długości życia Polaków. Jakby ci młodzi ludzie nie wyjechali, to średnia długość życia by się nie wydłużyła. Do tego jeszcze trzeba dodać, że od wielu już lat przyrost naturalny jest nieznaczny. Bazując jednak na tych danych rząd chce wydłużyć wiek emerytalny kobiet i mężczyzn do 67 r. życia. W przypadku kobiet proces ten ma się zakończyć w 2040 r., a w przypadku mężczyzn w 2020 r. Środki masowego przekazu prowadzą kampanię na rzecz wydłużenia wieku emerytalnego. W stacjach telewizyjnych pojawiają się dyżurne „autorytety”, które przekonują Polaków o tym, że trzeba wydłużyć wiek emerytalny, bo dłużej żyjemy. Jednym słowem, mamy już „raj” na ziemi.

Demoniczny chirurg

U komunistów rewolucja permanentna oznacza sadyzm, znęcanie się nad społeczeństwem. Platon w „Liście siódmym” na ten temat pisze: „Przypuśćmy, że mamy człowieka chorego i pędzącego taki tryb życia, który ujemnie wpływa na jego zdrowie. Czyż ten, kto chce mu swoją radą służyć i pomocą, nie powinien przede wszystkim wpłynąć na zmianę jego dotychczasowego trybu życia i dopiero wtedy, jeżeli go posłucha, zalecać mu jeszcze inne środki? W razie zaś odmowy ze strony chorego, człowiek z charakterem i prawdziwy lekarz uchyli się, moim zdaniem, od udzielenia dalszej porady; o tym, kto by się godził na to, powiedziałbym przeciwnie, że pozbawiony jest charakteru i niewiele się rozumie na sztuce lekarskiej. To samo da się także zastosować do państwa...”.

 

Norman Davies w „Boże igrzysko” pisze, że metodę tę stosował już na narodzie polskim cesarz niemiecki Fryderyk II Wielki, który zaplanował operację, by osłabić Polskę i zarazem pozbawić ją możliwości stawiania oporu. Autor pisze: „Rozczarowany ubocznymi skutkami wcześniejszych aktów bezpośredniej agresji, udoskonalił technikę, która kosztowała mniej, sprawiając wrażenie bardziej skutecznej. Demoniczny chirurg z góry upatruje sobie ofiarę i poznaje jej słabości. Potem, pozując na życzliwego obserwatora zaniepokojonego objawami choroby, tak długo drażni chore miejsce, aż wywoła konwulsje, a ofiara zacznie skręcać się z bólu. Następnie radzi zbawienną operację, na którą zdesperowana ofiara daje się łatwo namówić. W trakcie operacji pilnuje, by skalpel chirurga pozostawił akurat tyle chorej tkanki, ile trzeba do ponownego wywołania stanu zapalnego, a asystentów zachęca do ćwiczenia się w swej sprawności i przy okazji amputowali pacjentowi rękę lub nogę. Następnie, gdy pacjent już osłabiony cierpi na dalszy atak konwulsji, lekarz kieruje go na kolejną operację, a potem jeszcze jedną i tak aż do skutku. Jeżeli pacjent umrze, światu się ogłasza z żalem, że choroba od początku była złośliwa, oraz, że podejmowano wysiłki, by chorego uratować. Fryderyk dobrze wiedział, że metoda rozstrzygającej operacji miała wszelkie pozory szacownej legalności. Była ona o wiele bezpieczniejsza i o wiele bardziej skuteczna niż zaatakowanie ofiary na ulicy. Co więcej, wiązała się z minimum przemocy, a temu, kto ją umiejętnie stosował, wzbudzała podziw świata. Jest to metoda, którą na swój sposób doprowadziła do perfekcji caryca Katarzyna, a którą wschodzący tyranii z tak wielką ochotą naśladowali” (Norman Davies, „Boże igrzysko”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1989)..

 

Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu PRL w latach 1981–1989, zabawił się również w chirurga, i w 1981 r. napisał list do ówczesnego sekretarza PZPR Stanisława Kani. W liście tym m.in. napisał „Tu trzeba chyba kalkulować jak lekarz przed ciężką operacją: czy większa jest szansa, że pacjent przeżyje, gdy się go zoperuje, czy kiedy operacja się nie odbędzie. W chirurgii, gdy jest np. tylko 15% szansy, że pacjent przeżyje - kroi się go na pewno. Rozumiem, jak trudno jest postawić wszystko na jedną kartę, słabą kartę i nieprzyjemną kartę. I że łatwiej jest czekać w nadziei, że jakoś to się z czasem uspokoi, ale chyba potrzebna jest dziś ta chirurgiczna śmiałość, to zagranie losem Polski”.

 

Urban w liście tym bardzo krytycznie ocenił dotychczasową taktykę PZPR wobec presji Solidarności, jako „politykę wleczenia się w ogonie wydarzeń, to ustępowania, to opierania się i mówienia „nie”, żeby jutro znów ustępować”. Krytykował również postawę tych ludzi z władz, którzy „ustępują, godzą się oddawać krok po kroku władzę”. Zdaniem Urbana, sama władza powinna przeprowadzić spektakularną operację polityczną w wielkim stylu, urządzając w Polsce odgórnie „przełom”. Polegałby on na wciągnięciu solidarnościowej opozycji do udziału we władzy, powołaniu koalicyjnego rządu. To z kolei ułatwiłoby stopniowe rozmycie i osłabienie opozycji.

 

Urban pisał: „Wyobrażam to sobie jako stworzenie koalicyjnego rządu z minimalną większością PZPR-owców i to najbardziej strawnych dla społeczeństwa, a z udziałem reprezentatywnych katolików i umiarkowanych ludzi z kręgu „Solidarności" (...) trzeba urządzić w Polsce przełom (...). Istotą przełomu byłoby oczywiście powołanie koalicyjnego rządu (...). Jestem człowiekiem skrajnie niechętnym katolikom, ich programowi, wyobrażeniem -mentalności, ale - co wygląda na paradoks - w rządach koalicyjnych widzę najlepszą szansę odrodzenia znaczenia i siły PZPR, oczywiście PZPR bardzo zmodyfikowanej programowo i pod względem stylu działania. W tej chwili PZPR dźwiga całą odpowiedzialność rządową, a inne siły, stojące na zewnątrz, krytykują i naciskają swobodnie a nieodpowiedzialnie. Rząd koalicyjny sprawi, że część tych sił, zbierając poklask z tytułu swej opozycyjnej pozycji, zacznie współodpowiadać, więc zbierać cięgi od społeczeństwa (...). Upadnie więc wyobrażenie, że ci inni z ugrupowań katolickich, z „Solidarności” są lepsi. Pogorszy się ich pozycja wobec społeczeństwa” (List ten był opublikowany w paryskiej „Kulturze”, nr 501 w 1989 r.).

 

W zderzeniu z brutalną rzeczywistością Solidarność, a następnie ZChN i AWS musiały przegrać, bowiem posłowie z tych ugrupowań nie rozpoznali jej. Dla nich władza była najważniejsza, dlatego nawet nie wiedzieli, że zostali zmanipulowani i brutalnie wykorzystani przez komunistów. Niech ta lekcja będzie nauczką dla tych, którzy pchają się do polityki, są co prawda wykształceni, ale będąc ignorantami w sprawach politycznych, wyrządzają sobie i innym wielką krzywdę.

 

Tak, w 1989 r. zagrano losem Polski i oszukano wszystkich. Wmówiono Polakom, że upadł komunizm, lecz upadł tylko komunizm starego Marksa, i po 1989 r. pojawił się komunizm młodego Marksa, ale ten fakt ukrywa się przed Polakami.

 

Stanisław Bulza