foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


Ileż to razy dane było nam słyszeć o deficycie sektora finansów publicznych? Jak częstą wymówką polityków na brak odpowiedniego dofinansowania szkół czy szpitali jest rzekomy brak pieniędzy w kasie Państwa? Nie sposób zliczyć ilości tych kłamstw, które usprawiedliwiają fakt, że na wszystko w Polsce starcza pieniędzy (np. prawie milion złotych warszawskich podatników wydany na promocję homoseksualizmu), lecz nigdy na to, co jest nam faktycznie potrzebne.

 

Zawsze znajdują się pieniądze na wysokie premie dla urzędników, na taksówki dla dzieci i partnerów posłów na Sejm, jak i na dokładanie się do niewydajnego systemu Unii Europejskiej, która łaskawie w zamian zwraca trochę pieniędzy pod postacią dotacji, a które są tylko kroplą wody w morzu potrzeb niespełnionych głównie z racji w tejże Unii członkostwa. W związku z tym postanowiłem przyjrzeć się bliżej wydatkom Państwa i zaproponować rozwiązania małe, jak i dosyć radykalne, których spełnienie wiązałoby się nie tylko z brakiem deficytu, lecz również z nadwyżką budżetową, co w III Rzeczpospolitej rządzonej nieskutecznie przez ostatnie 25 lat wydaje się być obecnie jedynie marzeniem. Wszystkie wyliczenia poniżej odnośnie wydatków Państwa oparłem na informacjach znalezionych na stronie Fundacji Republikańskiej:

 


http://www.mapawydatkow.pl/wp-content/uploads/2014/10/mapa-wydatkow-2013-2A0-fin_300dpi.png

 

http://www.mapawydatkow.pl/wp-content/uploads/2013/11/MZPFINAL3500.png

 

http://1.bp.blogspot.com/-R_v8QhCtWn8/UWm2wbV5A3I/AAAAAAAAAbg/YxCGi7gpcbc/s1600/mw3.JPG

 


W pierwszej kolejności pragnę zacytować Pana Tomasza Cukiernika:

 

"Po dodaniu wszystkich wydatków strony polskiej związanych z pozyskiwaniem dotacji w latach 2007-13 otrzymujemy kwotę w wysokości 106,8 mld euro, czyli 117,5% wartości wszystkich dotacji, które mają zostać przekazane Polsce z UE! Tak więc koszty poniesione przez polską gospodarkę i sektor publiczny o 17,5% przewyższają ten „ogromny deszcz unijnych pieniędzy”. Statystyczny Polak w latach 2007-13 wyda średnio 1606 zł rocznie tylko po to, aby otrzymać 1368 zł, czyli dołoży do interesu 238 zł rocznie!"

 

Nie chcę w tym miejscu rozwodzić się odnośnie tego, ile Polska straciła musząc przystąpić do Unii Europejskiej, mając głównie na myśli nasz przemysł i dostosowanie się do wielu przepisów, w szczególności tych podatkowych. Dotacje unijne (a zatem koszta związane również z przeogromną biurokracją, jak i samo ich przeznaczenie) wyglądają kompletnie inaczej niż próbują nam to przedstawiać media. Tym jednak zajęło się już wielu ekonomistów i udowodniono już, że Polska jest na tym interesie stratna. Jak bardzo? Tego nie można dokładnie policzyć. Z pewnością jednak należy w teorii założyć, iż te straty są dosyć niewielkie, można zatem przyjąć, iż jest to średnio 18 miliardów rocznie, czyli tyle ile wynosiła w roku 2013 sama składka członkowska. Jak można by lepiej rozdysponować te pieniądze nie musząc się dokładać do ogromnej biurokracji, stosować się do tysięcy różnych dyrektyw i nie niszcząc konkurencyjność polskiej gospodarki? Tym zajmę się na sam koniec artykułu.

 

Drugim poważnym wydatkiem naszego Państwa jest częściowe spłacanie, jak i sama obsługa długu publicznego. Ogromną zagadką jest do dziś to, ile winy tkwi w tym, co uczynił prezydent Kwaśniewski wraz z ekipą z SLD, w roku 1997 dodając do Konstytucji zapis o zaciąganiu pożyczek przez rząd w bankach zagranicznych, a ile tegoż problemu jest w samych przemianach ustrojowych pod dyktando Pana Sachsa i Sorosa, które zmusiły Polskę do przyjęcia niewydolnego systemu monetarnego opartego na łasce zachodnich lichwiarzy, a zatem uzależniając Polskę od Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i innych instytucji, co doprowadziło do zniszczenia gospodarki kraju i w dalszej perspektywie czasu do bezrobocia i emigracji milionów Polaków. Żaden z premierów III Rzeczpospolitej nie wprowadził w miejsce pieniądza dłużnego pieniądza służebnego, co kosztuje Polskę rocznie około 90 miliardów złotych, jak i również pogłębia to coraz bardziej zależność naszego Kraju od zagranicy i wprowadza nas w długi nie tylko niemożliwe do spłaty, ale w znacznej części w długi całkowicie wirtualne.

 

Myślę, iż każdy przedsiębiorca w Polsce mógłby się podzielić wieloma historiami o tym, jak w celu założenia i prowadzenia firmy trzeba z administracją publiczną walczyć, kiedy w teorii powinna ona przedsiębiorcy pomagać. Ktokolwiek pragnący prowadzić w Kraju jakikolwiek biznes, musi liczyć się z wieloma utrudnieniami i ze stratą ogromnej ilości czasu, jak i z nieuczciwą konkurencją i gnębieniem ze strony Instytucji Podatkowych i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W znaczny sposób blokuje to tworzenie nowych miejsc pracy i rozwój gospodarki, a ile Państwo wydaje rocznie na tzw. "rynek pracy"? Nie mniej ni więcej, a okrągłe 17 miliardów złotych. Przeznaczane są one w sporym stopniu na Fundusz dla Osób Niepełnosprawnych (zadziwiające ile to w 38-milionowym kraju jest osób niepełnosprawnych i rencistów), na zasiłki dla bezrobotnych (potrzebujących ich głównie z tego względu, że Państwo od 25 lat czyni wszystko, by pracy w nim nie było), na utrzymanie Urzędów Pracy (o niskiej skuteczności), na roboty publiczne i szkolenia. Pomoc Społeczna kosztuje nas z kolei 42 miliardy złotych, a jej główne sukcesy polegają na tym, że odbiera się dzieci ludzi biednych bez uzależnień i z problemami finansowymi, którym wystarczyłoby po 200 czy 300 złotych miesięcznie, a przekazuje się je w ręce rodzin zastępczych - te dostają za dziecko nie mniej niż 2000 złotych.

 

Samo utrzymanie administracji publicznej, która w głównym stopniu utrudnia życie niżby miała je ułatwiać, kosztuje Polskę rocznie 21 miliardów złotych przy zatrudnieniu około 415 tysięcy urzędników na nie więcej jak 100 tysięcy koniecznych.

 

A co z system emerytalnym, o którego naprawę jak do tej pory w Polsce nie pokusił się nikt i który pochłania co rok około 200 miliardów (przy rocznym budżecie mniej więcej 700)? Oczywiście, osobom płacącym całe życie składki należą się emerytury i to emerytury godne, które są takowymi niezwykle rzadko. Co jednak z osobami, które wchodzą na rynek pracy od chociażby ostatniego dziesięciolecia i które miast zostać objęte normalnym system emerytalnym, wrzucają co rok 100 miliardów składek do czarnej dziury, która połyka te pieniądze i domaga się jeszcze więcej? Jak bardzo trzeba nienawidzić jakiś Naród, by kazać mu co rok utrzymywać najbardziej kosztowny moloch ze wszystkich Instytucji Państwa, którego działalność za dobrą uznałoby nie więcej jak pięć procent Polaków? Zacząć należy może od tego, iż składki emerytalne winny pozostawać pieniędzmi osoby pracującej, w związku z czym nie miałyby one prawa wliczać się do przychodów Państwa. Powinny one zatem wpływać do kont emerytalnych w Narodowym Banku Polskim, a każdy Polak miałby do swojego konta pełen wgląd, mógłby wpłacać różne sumy pieniężne, mieć dostęp do wyliczeń na swoją przyszłą emeryturę, mógłby w razie wcześniejszej śmierci przekazać pełną sumę tych pieniędzy na dowolną osobę bądź organizację i to te nieruszane przez Państwo pieniądze byłyby jego świadczeniami emerytalnymi, a nie pieniądze przyszłych podatników. Byłyby to świadczenia gwarantowane przez bezinflacyjny i bezdeflacyjny służebny pieniądz, a nie bezwartościowe wirtualne liczby pieniądza którego wartość określa co dzień garstka lichwiarzy w światowych kantorach.

 

Nikt będący o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy temu, iż Polskę toczy od wielu dziesięcioleci ogromny rak korupcji. Jest ona obecna zarówno na szczytach władzy (a udowodnienie jej wcale nie oznacza straty przez Ministrów stanowisk, chociaż w innych krajach wystarczy o samo korupcję podejrzenie by takową osobę usunąć), jak i na najniższych szczeblach samorządów. Szczególnie wielkim problemem są ustawiane przetargi bądź oszczędzanie na materiałach, co sprawia, że nawet jeśli coś się w III Rzeczpospolitej zbuduje, to i tak będzie to dość szybko zepsute i wymagające kosztownych napraw. A sama budowa drogi w tak biednym kraju o tak niskich zarobkach pracowników jest droższa niźli w jakimkolwiek innym kraju Europy. Tolerancja dla ogromnej korupcji, ale też marnotrawstwa, czyli zwyczajnego przejadania pieniędzy przez niemalże dwa miliony osób pracujących na rzecz Polski sprawia, iż wszystko za co się Państwo zabiera, w efekcie jest dwa bądź trzy razy droższe niż powinno, a sumy pieniędzy przeznaczane na jakieś nieliczne słuszne cele w małej części trafiają tam, gdzie właściwie powinny. O jakim stopniu marnotrawstwa i korupcji można z całą pewnością powiedzieć? Trudno stwierdzić. Warto się jednak zastanowić ile z 62 miliardów przeznaczonych na infrastrukturę w Polsce w roku 2013 faktycznie przyczyniło się do polepszenia jej stanu. Użytkownicy rozkradzionej i zniszczonej kolei mogliby tutaj wiele dodać. Nieliczni pasjonaci mogliby też powiedzieć nie tyle o zaniedbaniu, co o jakimkolwiek braku zainteresowania ze strony Państwa żeglugą śródlądową i brakiem polityki morskiej. Utrzymanie samorządów kosztuje 17 miliardów. Nasze coraz to mniejsze bezpieczeństwo i coraz to bardziej niejasna sprawiedliwość 28 miliardów. Obrona narodowa 21 miliardów, chociaż 70% wojskowych to zwyczajni urzędnicy. Kultura i media to 10 miliardów. Nauka i szkolnictwo wyższe kolejne 19. Środowisko 15. Gospodarka (jakże to ironiczne) 9 i pół miliarda. Sport i turystyka 5 i pół. Edukacja 64. Rolnictwo 17. No i zdrowie, 75 miliardów złotych. Ile z tych pieniędzy przyczynia się w jakimkolwiek stopniu do polepszania jakiejkolwiek z tych rzeczy?

 

Polska w roku 2013 wydała mniej więcej 700 miliardów złotych. Ile można by oszczędzić na nowym wydolnym systemie emerytalnym? Ile można by oszczędzić, gdyby wprowadzone go jeszcze wcześniej? Podobnie ma się sprawa z długami Państwa przez idiotyczną politykę monetarną. Nie inaczej mają się też nasze wydatki na rzecz wstąpienia i utrzymania się w Unii Europejskiej, bądź samorządy trwoniące kolejne miliardy na takie cele jak dofinansowanie organizacji uświadamiających 9-latki o antykoncepcji, bądź też kiedy płacimy na walkę policji z narkotykami, kiedy w najlepsze grubo ponad trzy czwarte polskich maturzystów zażywało lub zażywa nadal substancje zakazane, w sporej części nadal legalne. Ile pieniędzy można by oszczędzić nie zabierając ich lekarzom czy nauczycielom, a zaprzestając dalszego dokarmiania administracji publicznej? Ile można nie tylko oszczędzić, ale naprawdę zarobić, gdyby znaleźli się politycy o dobrej woli i np. uczynili wydobycie węgla opłacalnym przez restrukturyzację kopalń, miast dotować je, bądź też po prostu zamykając je i zalewając szyby (jak to robił premier Buzek)? Ile pieniędzy stracono na wmówieniu Polakom, iż wszystko co Państwowe jest nieopłacalne, w związku z czym nie należy zmieniać tego zarządcy, a sprzedawać to za 10% wartości zagranicznym "inwestorom", którzy wszystko, od kopalni, hut i stoczni, po cukrownie i inne zakłady przemysłowe pozamykali. Całkiem realna liczba oszczędzonych pieniędzy po rozprawieniu się z obecną formą emerytur i długów to 150 miliardów złotych. A co z resztą pieniędzy marnotrawionych przez Państwo? Można sobie jedynie wyobrazić, iż Obrona Narodowa mogłaby mieć 30, a nie 21 miliardów złotych rocznie. Można też pomarzyć o tym, iż na edukację czy szpitale przeznaczy się o połowę pieniędzy więcej. A zostałoby ich jeszcze więcej na odbudowę przemysłu, na pomoc w stworzeniu nowych firm (wystarczy zresztą tego nie utrudniać), jak i na innowacyjne badania naukowe, które powinny mieć trzy razy większy budżet niż obecnie. To nie jest tak, że Państwo pieniędzy nie ma. Ma je na wszystko i mogłoby ich mieć jeszcze więcej. Trzeba tylko, by Polacy zrozumieli, że szczurów mnożących się w domu nie należy dokarmiać, a pozbyć się ich najbardziej skutecznymi ze środków. Jakże wielkie zdziwienie opinii publicznej musiałoby być, gdyby premier stwierdził, iż osiągnięto nadwyżkę budżetową, a przecież wystarczy, iż nie damy się po raz kolejny oszukać tym samym osobom.

 

Robert Grunholz

Komentarze obsługiwane przez CComment

W walce nie ma zmiłowania ani kapitualcji na dogodnych warunkach. W walce jest śmierć, albo zwycięstwo.
Roman Dmowski