foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


Ci, którzy mnie znają to wiedzą, a tym co nie znają powiem, że jestem człowiekiem z natury spokojnym i cierpliwym. Czytając na przykład doniesienia medialne z Ukrainy, potrafię przez długi czas milczeć zagryzając wargi, choć wszystko się we mnie gotuje, gdy czytam farmazony publikowane przez różne, zdawało by się poważne, a co więcej uważające się za bezstronne i niezależne pisma.

 

Ale jak każdy, jestem tylko człowiekiem i w końcu przychodzi taka chwila, gdy przysłowiowa kropla przelewa czarę goryczy i milczeć już dłużej nie mogę. Ta chwila właśnie nadeszła.

Otóż w najnowszym numerze katolickiego tygodnika Gość Niedzielny, z dnia 7 września tego roku, czołowy „pogromca ruskich” publikujący tamże swoje teksty pan redaktor Andrzej Grajewski, uraczył nas artykułem pod tytułem: ROSJA ROZBIJA UKRAINĘ. Jako, że poglądy pana redaktora w tej kwestii znane mi są nie od dziś, a w dodatku gra on od dawna tą samą zgraną kartą z krwiożerczym imperialistą Putinem w roli głównej, omal tego małego objętościowo tekstu nie przeoczyłem. Szkoda, bo było by to z pożytkiem dla moich skołatanych nerwów, lecz na własne nieszczęście jednak rzuciłem okiem. Już tylko po przeczytaniu samego tytułu ciśnie mi się na usta retoryczne pytanie, czy pan redaktor naprawdę nie wie, kto rozpętał zadymę na Majdanie od której się wszystko zaczęło i za czyje pieniądze? Przecież George Soros, publicznie nadał otwartym tekstem w wywiadzie dla redaktora CNN, że(cytuję za onet.pl) „jest odpowiedzialny za stworzenie w Ukrainie fundacji, która ostatecznie przyczyniła się do obalenia wybranego w wyborach przywódcy państwa i instalacji starannie dobranej przez Departament Stanu USA junty”. Fakt, że obca agentura z siedzibą w Waszyngtonie, w sposób bezprawny i krwawy doprowadza do destabilizacji dużego państwa w Europie Wschodniej, jakoś panu Grajewskiemu umknął. I nie tylko jemu zresztą; zorganizowana swego czasu przez polski Caritas zbiórka pieniędzy, żywności i ubrań dla pokojowo nastawionych demonstrantów, którzy to swoje szlachetne intencje demonstrowali paleniem opon, dewastowaniem mienia publicznego i pałowaniem milicji, świadczy dobitnie, iż o odgórnym sterowaniu „spontanicznych” protestów nikt tam nie miał zielonego pojęcia. Choć z drugiej strony mogło być i tak, że Soros po prostu za mało im płacił i trzeba było się dorzucić.

Wróćmy jednak do meritum. W wyjątkowym gniocie pana Grajewskiego możemy przeczytać o wsparciu przez rosyjskie oddziały „separatystów” w Doniecku i pod Iłowajskiem, zajęciu przez rosyjskie wojska portu Nowoazowsk i ich zwycięskim marszu w kierunku Mariupola. Pada nawet szacunkowa liczba żołnierzy rosyjskich zaangażowanych w konflikt na Ukrainie - 10 tysięcy. Skąd pan redaktor zaczerpnął te informacje? Ano z niewątpliwe wiarygodnego i bezstronnego źródła, czyli od zainstalowanej w sposób nielegalny, z pogwałceniem prawa międzynarodowego junty w Kijowie. Czy ja, zupełny laik naprawdę muszę przypominać zawodowcowi, że żadna ze stron zaangażowanych w konflikt zbrojny, nie może być obiektywnym źródłem informacji, a prawdy należy dociekać gromadząc dane od niezależnych reporterów będących możliwie blisko centrum wydarzeń? Czy absolutne negowanie oświadczeń rosyjskiej dyplomacji przy jednoczesnym zupełnie niekwestionowanym powoływaniu się na informacje podawane prze stronę ukraińską jest poważne? Moim zdaniem nie. Ja tam nie wiem, czy na Ukrainie są rosyjskie wojska, czy też ich nie ma, choć bardzo bym chciał się tego dowiedzieć. Pan redaktor zdaje się nie mieć w tym względzie najmniejszych wątpliwości, więc może by tak przedstawił swoim czytelnikom choć kilka fotek na dowód, że wie o czym pisze? Pal licho - niech pokaże choć jedną. Cóż, chyba i to przerasta możliwości pana Grajewskiego, skoro w swej najnowszej publikacji zamieścił fotografię ukraińskich żołnierzy z armii rządowej kijowskich uzurpatorów. No, ale może się mylę więc spokojnie poczekam na jakikolwiek dowód potwierdzający obecność na Ukrainie znacznych rosyjskich sił.

I na tym właściwie mógłbym zakończyć, gdyż cała reszta spostrzeżeń pana redaktora jest tylko krótkim zbiorem tez (nie popartych żadnym dowodem), że w wojnę domową na Ukrainie zaangażowane są rosyjskie wojska. Nie mogę jednak przejść obojętnie nad finałową konkluzją krytykowanego przeze mnie artykułu, iż celem Rosji jest stworzenie na terytorium południowo- wschodniej Ukrainy „marionetkowego bytu państwowego”. Wojna jest rzeczą straszną, bardzo współczuję tym ludziom, szczególnie niewinnym cywilom, niemniej jednak bliższy memu sercu jest mój Ojczysty kraj - Polska. I to właśnie do obecnej, dramatycznej sytuacji Polski, określenie marionetkowy byt państwowy pasuje jak ulał. Z tym, że to nie Rosja tą marionetką steruje. Od roku 1989 Rosja mojej Ojczyźnie nic złego nie uczyniła. Wykorzystuje nas ktoś zupełnie inny. To nie Rosja dyktuje Polsce ile, i czego wolno jej wyprodukować. To nie Rosja narzuca Polsce masę kretyńskich przepisów; od kształtu banana, który spełnia wymagane normy, po limity emisji dwutlenku węgla do atmosfery. I wreszcie, to nie u boku Rosji walczymy w cudzych wojnach za obcą sprawę. Pan dobrze wie o czym tu piszę, panie redaktorze. Tylko proszę nie używać banalnej argumentacji przytaczanej już kiedyś na łamach tygodnika, w którym pan publikuje, jak to jest fajnie, że po Europie można podróżować bez wiz.

Aż mnie świerzbi ręka, by pod niniejszym tekstem podpisać się pseudonimem „Ruski Agent”. Jednakże ze względu na to, że jestem poważnym człowiekiem, który życzy sobie także być poważnie traktowanym przez innych, wystąpię z otwartą przyłbicą; ruskim agentem niechybnie i tak zostanę, podobnie jak każdy, kto ośmiela się kwestionować oficjalne stanowisko polskiego rządu w sprawie Rosji i Ukrainy.

Mariusz Jakubowski

Komentarze obsługiwane przez CComment

Nacjonalizm jest dobry tak długo, jak długo jest rozumiany jako miłość do własnego kraju. Staje się zbrodniczy, gdy w tę miłość wpisuje nienawiść i pogardę dla innych narodów.
Bertrand Russell