O Hubalu często mówi się, nie wiem, czy świadomie czy z niewiedzy, że był pierwszym partyzantem II wojny. Nie! Gdyby tak było, poddał by się rozkazom nakazującym rozwiązanie oddziału. Nie chciał być partyzantem. Chciał być ostatnim – a więc w razie spodziewanej wiosennej ofensywy pierwszym, żołnierzem regularnym, ciągle istniejącej armii polskiej. Czy to nie symboliczne, że kiedy major 30 kwietnia 1940 roku ginął pod Anielinem, w Norwegii, pod Narwikiem, lądowała już Brygada Podhalańska, która niebawem stoczyła tam sławny bój?

Symboli zresztą jest więcej. Może cała działalność majora jest wielkim symbolem walki o ciągłość państwa, tak nie dawno odzyskanego i tak szczodrze okupionego krwią? Może to tłumaczy tak wściekłe ataki na Jego pamięć?  Hubal przy spotkaniu stadniny Janowskiej otrzymał konia, którego zostawił na przechowanie marszałek Edward Śmigły-Rydz. Jedyne zdanie wypowiedziane w tej scenie, które o tym informowało, zostało wycięte przez cenzurę. Nie uratowałem również słów majora, wypowiadanych po rozproszeniu oddziału, że jest tak zimno, bo mamy 11 listopada. I wtedy major ma do jedenastu pozostałych żołnierzy, krzepiące, patriotyczne przemówienie. Za to przy próbach wycinania sekwencji Bożego Narodzenia wygrałem z cenzurą, przy pomocy ministra obrony Wojciecha Jaruzelskiego. Chociaż przed tym musiałem zagrozić zdjęciem z filmu mojego nazwiska.

Major Dobrzański, kiedy zaczyna się jego epopeja, miał już za sobą piękny szlak bojowy. Siedemnastoletni, musiał sfałszować datę urodzenia, by dostać się do Legionów. Zresztą, jak mój ojciec. Brał udział w obronie Lwowa  Z wojny bolszewickiej wyszedł jako najmłodszy major Wojska Polskiego. Czterokrotnie był odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari. I nigdy nie awansował. Miał twardy charakter. Może nie nadawał się do wojska w czasie pokoju? Nie umiał „być na niby”. Zniszczył panom generałom zabawę na manewrach, skracając je o dwa dni, bowiem jak na wojnie, sforsował rzekę i aresztował sztab przeciwnika przy rannym goleniu. Jako kwatermistrz 4. Pułku Ułanów w Wilnie nie tolerował korupcji, odmawiając zakupu żywności w majątku swego dowódcy. Był znany i szanowany w wojsku. Miał 22 złote, 3 srebrne i 4 brązowe medale, zdobyte w krajowych i międzynarodowych  zawodach hippicznych. Otrzymał złotą papierośnicę od Księcia Walii z wygrawerowana dedykacją dla najlepszego jeźdźca wszystkich armii. Brał udział w olimpiadzie w Berlinie. Po wojnie w Niemczech wyszła książka o nim „Der schimmel major”, interpretująca jego postać jako ostatniego polskiego romantyka. Jeśli już mowa o koligacjach, może warto wspomnieć, że spowinowacony z majorem Dobrzańskim był mój przyjaciel, św. pamięci Janusz Zakrzeński, z którym stworzyliśmy w „Polonii Restituta” postać Józefa Piłsudskiego, którego potem przez lata z takim aplauzem dublował przy różnych patriotycznych okazjach. Żona Henryka Dobrzańskiego, Zofia, była z domu Zakrzeńska!

Na zawodach z jego udziałem często bywał prezydent Ignacy Mościcki z małżonką, która była rodzoną siostrą majora. Nigdy jednak nie skorzystał z ich zaproszenia do prezydenckiej loży. Kiedy w ministerstwie kultury zaproponowano mi  gotowy scenariusz Jana Józefa Szczepańskiego „Szalony major”, oniemiałem ze szczęścia. Obłożyłem się lekturą. Oczywiście od dawna śledziłem wszelkie napaści na majora, ze strony „szkoły szyderców”. Zrozumiałem też, że mam szansę polemiki z „Lotną”.

Przypomniałem sobie „Hubalczyków” Melchiora Wańkowicza. Jego jędrny, sienkiewiczowski styl i sienkiewiczowskie widzenie było porywające. W postaci majora widział współczesnego Kmicica. Opowiadanie było oparte o dwie relacje. Najdłużej walczącego wraz z majorem Dobrzańskim żołnierza – „Romana”, wachmistrza Romana Rodziewicza i zamężnej z ambasadorem w Rzymie, drugiej siostry majora, Leonii Pappe. Ale była już faktograficzna, po żołniersku oszczędna, książka dowódcy hubalowej piechoty, Marka Szymańskiego, pt. „Oddział majora Hubala” i bardzo solidna relacja świetnego lubelskiego dziennikarza, Mirosława Dereckiego, pt. „Tropem majora Hubala”. Ukazało się też kilka artykułów, przede wszystkim Jerzego Piórkowskiego w „Polityce” i w kwartalniku „Polska’, biorących w obronę majora.

Miałem poczucie, iż już sam tytuł „Szalony major” ma posmak ironiczny. Dlaczego film o symbolu polskości ma mieć tytuł obraźliwy, ukuty przez Niemców? Natychmiast skontaktowałem się z Markiem Szymańskim. Poznałem też jego żonę, siostrę innego oficera oddziału, porucznika Modesta Iljina. Rannego  męża przeholowała wpław przez Wisłę w ostatnich dniach powstania. Przez państwa Szymańskich, poznałem cały klub Hubalczyków. Żyło ich wtedy ponad sześćdziesięciu. Wśród nich, idący z majorem, od Wołkowyska do śmierci, wachmistrz „Roman” Rodziewicz, emigrant z Londynu, który przyjeżdżał do Polski na wszystkie uroczystości Hubalczyków. Żył też jeszcze Henryk  Ossowski – adiutant majora, oraz  łączniczka oddziału Ludmiła Żero.

Ze wszystkich relacji wyłaniał się zupełnie inny obraz Hubala. Coraz bardziej upewniałem się w przekonaniu, że major Dobrzański nie był nikim w rodzaju sugerowanego przez szyderców watażki. Zwłaszcza, że udało mi się zdobyć kopie jego rozkazów.

Wynikało z nich, że był to bardzo pragmatycznie myślący, świetny, nowoczesny dowódca – strateg, przygotowujący na wiosenną ofensywę aliantów, poważne uderzenie na tyłach przeciwnika. Nie jego winą było, że ta ofensywa nigdy nie nastąpiła. Wierzyło w nią całe polskie społeczeństwo. Powtarzano z nadzieją: „słoneczko wyżej, Sikorski bliżej”. Tą nadzieją karmił się cały polski naród, który jak i Hubal stał się ofiarą naszej naiwnej wiary w dobrą wolę i rzetelność wobec traktatów, naszych sojuszników. W swojej popremierowej recenzji Wojciech Żukrowski pisał, że w momencie rozkładu państwa, w obliczu słabości kierujących, przypadkowi ludzie stawali na czele. I przyrównuje majora Dobrzańskiego do innego majora: prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. „Major Hubal Dobrzański podejmuje się tego, co było pragnieniem tysięcy żołnierzy, więcej, setek tysięcy obywateli, którym nie dano broni do ręki, którzy nie dostąpili zaszczytu włożenia munduru”…

Wiedziałem już że czeka mnie poważny bój o prawdziwy film o Hubalu. O walce o ciągłość naszej państwowości.

Najpierw z autorem scenariusza, Janem Józefem Szczepańskim. Myślałem początkowo, że przekonam go argumentami świadków historycznych wydarzeń. Były w scenariuszu trzy sceny nadające filmowi piętno ironii, które całkowicie przeczyły faktom: scena rozstrzelania przez oddział Hubala pierwszych jeńców. To nie tylko gwałciło etos polskiego żołnierza i oficera, który pokonanego przeciwnika nie pozwalał uśmiercić, ale było sprzeczne z planem majora, któremu dla budzenia otuchy i nadziei w społeczeństwie potrzebne było nagłośnienie istnienia umundurowanego żołnierza w niemieckim morzu okupowanej Polski. Także po stronie przeciwnika. Po drugie, Szczepański wymyślił romans z chłopską łączniczką oddziału, „Tereską”. Romans na oczach oddziału nie wchodził w grę. Zarówno z powodów przedziału społecznego, jak i demoralizującego wpływu na dyscyplinę. Po trzecie – w scenariuszu, Hubal ginął w szarży, jak powinien ginąć każdy głupi polski ułan. Pamiętajmy, że wtedy wbijano społeczeństwu słowa: „bohaterszczyzna” i „ułańszczyzna” jako najbardziej pejoratywne cechy polskiego charakteru narodowego.

W tej sytuacji, otoczeni przez współpracujących z nami żołnierzy majora, wraz z  Ryszardem Filipskim i operatorem Tadeuszem Wieżanem uznaliśmy, że  podstawą filmu będzie scenopis. We wszystkich pisanych i żywych świadectwach akcja opisująca losy oddziału powtarzała się. Postanowiliśmy sami napisać dialogi. Formalnie sprawa sama się rozwiązała. Szczepański zażądał wycofania jego nazwiska w proteście przeciw obsadzeniu Filipskiego w roli tytułowej. „Albo Filipski, albo ja” – napisał. Ja odpisałem: „Filipski”. Jeszcze przedtem musiałem podpisać kuriozalny cyrograf, że za tak błędną obsadę biorę na siebie pełną odpowiedzialność. Tak, jakby kiedykolwiek reżyser nie odpowiadał za obsadę aktorską! W międzyczasie stalinowska fałszerka historii Maria Turlejska napisała do ministra kultury protest przeciwko powstaniu filmu. „ A po co nam taka apoteoza dworków i plebanii, po co nam ten kult munduru? ” W wytwórni ukazały się napisy: „Hubal – Ubal”. Podobnie, kiedy kręciłem film „Polonia Restituta” o odradzaniu się Niepodległej z hekatomby I wojny światowej,  pisano: „Polonia prostytuta”. A Krzysztof Teodor Toeplitz zapowiedział w tygodniku „Świat” klęskę filmu. Rozpoczął się bój o prawdę i piękno tego filmu.

Po stronie prawdy była faktografia i postawa głównego bohatera , które układały się w schemat tragedii antycznej, która zawsze była i będzie dla mnie najwyższym wymiarem człowieczej wielkości. Bohater, który wybiera swój los, jest mu wierny do końca.  Aż do śmierci, którą poprzedza próba jego postawy, zwana kuluminacją. W tym filmie są to zbrodnie Wehrmachtu na niewinnej ludności. Kiedy podczas dokumentacji byliśmy z Markiem Szymańskim w Gałkach, gdzie Niemcy wymordowali wszystkich mężczyzn od 7 do 70 roku życia,  córka ówczesnego sołtysa, zapytana przeze mnie: „Czy nie ma pretensji do majora?” – odpowiedziała: „Przecież Niemców też ubywało”. Taka była prawdziwa reakcja ludu, tak sprzeczna z „mądrościami” pseudointeligentów ze szkoły szyderstwa.

Po stronie piękna stała kawaleria. I koń. Nawiązaliśmy kontakt przede wszystkim ze stadem ogierów w Bogusławicach, prowadzonym przez byłego oficera kawalerii Tadeusza Osadzińskiego. Mieliśmy więc konie, ale nie mieliśmy kawalerii. Trzeba ją było stworzyć. W tym celu na głównego konsultanta zaprosiłem byłego komendanta 1. Pułku Szwoleżerów Warszawy, a podczas okupacji Komendanta Łódzkiego Okręgu Armii Krajowej, pułkownika Michała Stempkowskiego. Aktorzy podpisując umowę na granie roli zobowiązywali się do udziału w dwumiesięcznym kursie konnej jazdy. Ci, którzy twierdzili, że już umieją jeździć, też musieli wziąć udział w obozie, pod rygorem skreślenia z listy wykonawców. Obóz był męką kilkugodzinnych treningów jeździeckich. Jeden z aktorów, dla żartu, za złotówkę spuszczał spodnie, ukazując rany na siedzeniu. Ale chodziło o coś innego: o naukę regulaminu, dyscypliny, poruszania się, raportowania.

Jednym słowem był to dwumiesięczny, skrócony kurs podchorążówki kawalerii, który przeobraził aktorów w scementowany, wzajemnie solidarny, przekonany o wykonywanej misji oddział. Ogromną rolę spełnił tu masztalerz, były wachmistrz. p. Gajda  (niestety nie pamiętam już jego imienia). Podczas zdjęć, kiedy zajeżdżaliśmy do gospody na posiłek, czyniliśmy to w mundurach, w zwartym szyku, z żołnierskim śpiewem. Robiło to wokół nas szczególną atmosferę. Pamiętajmy, że nie tak dawno ta ludność cierpiała ubeckie szykany za współpracę z majorem. Miało to jeszcze posmak owocu zakazanego. Opłaciło się to wielokrotnie, bo przecież ta ludność nam statystowała. Podczas sceny Pasterki w Poświętnem nie musiałem prosić statystów o płacz. Większość z nich przeżywała tę scenę po raz drugi: w rzeczywistości i w filmie. A dzisiejszy proboszcz nie zgadza się na umieszczenie na kościele tablicy pamięci o wejściu Hubala na pasterkę. Wisi za to tablica poświęcona Gwardii Ludowej.

Wróćmy do koni. Czekało je wiele batalistycznych scen. Musiały być do tego przygotowane. Sprowadziliśmy je do wąwozu i ostrzelaliśmy i obrzuciliśmy petardami. Sprawdziły się w scenach bojowych. Ale koń to stworzenie lękliwe. Zwłaszcza, że posiada inną niż my budowę oka. Widzi wszystko w powiększeniu. Niestety, jednemu z tych wspaniałych zwierząt zawdzięczamy ludzką tragedię.

Po trudnych scenach batalistycznych, bez żadnego wypadku, kręciliśmy spokojną scenę raportowania, gdzie oddział stał w szeregach. I nagle koń zrzucił, nie wiadomo, dlaczego jeźdźca i usiadł na nim łamiąc mu staw biodrowy. Innych wypadków w tym ostro batalistycznym filmie, na szczęście, nie było.

Po załamaniu się majora, kiedy dowiedział się o pacyfikacjach, zawisła nad nim śmierć. Przyjmuje ją po żołniersku, jako konsekwencję wyboru drogi. Na ekranie, zgodnie z prawdą, ta śmierć musiała być prosta, zwyczajna, pozbawiona patosu. Zwłaszcza, że po niej, triumfujący niemieccy żołdacy, bezczeszczą zwłoki bohatera, wrzucając  je na wóz z gnojem. Ale artystyczna przekora kazała mi przed ukazaniem ciała, niesionego na płaszczach, gdzie widzimy kłucia bagnetami i połamane kolbami kości, uczynić z koni bez jeźdźców, anioły śmierci, przez pokazanie ich pędu w zwolnionym obrazie, gdzie siodła stają się jakby ich skrzydłami. Lubię bardzo ostry realizm przemieniać w poetycką symbolikę.

Podobnie rozegrałem śmierć bohatera w „Jarosławie Dąbrowskim”, kiedy prowadzi on konia przez plac w Paryżu, który jest wielkim pobojowiskiem, trafia go zabłąkana kula. Dąbrowski padając nie wypuszcza z rąk wodzy, zawisa na nich, koń ciągnie go czas jakiś po trotuarze, po czym bohater umiera na obcym bruku a na niego wali się i przygniata go Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego w Warszawie. Walcząc na obcej ziemi, też umiera za Polskę.

Na zakończenie powiem, że w moim zlikwidowanym bezprawnie zespole „Profil” powstał film „Szlachetna krew” Zygmunta Malanowicza, według  rosyjskiego opowiadania Kaszafutdinowa, którego głównym bohaterem jest wspaniały sportowy rumak, doprowadzony do samobójstwa przez nieodpowiedzialność, niechlujność i okrucieństwo  ludzi, eskortujących jego transport. Ostatnim kadrem filmu jest śmiertelny skok rumaka z  wysokiego mostu, z wiozącego go wagonu. Jest to symboliczna ucieczka od świata odczłowieczonych  ludzi, do lepszej rzeczywistości.

Osobnym filmem jest moja „Siwa Legenda”. To film bardzo widowiskowy. W swym charakterze i stylu, niemal szekspirowski. Rówieśnik „Ogniem i Mieczem”. Jego akcja również ma miejsce w XVII wieku. Ukazuje  zarysowania  na organizmie Rzeczpospolitej Narodów, wywołane samowolą i prywatą wielmożów. Wprowadziłem w ten film przestrogę Piotra Skargi, mówiącą o możliwości upadku państwa. Tłem wydarzeń są najazdy i zajazdy, Tatarzy, wojska Rzeczpospolitej i rycerstwo najemne. Ma miejsce zdobywanie zamku. Film ukazuje losy kniahini, która od dziecka  nie potrafi wybrać pomiędzy dwoma rycerzami, wychodzi za mąż za jednego z nich i zaraz po ślubie stwierdza, że kocha tego drugiego i zamienia ich i swoje życie w piekło. Jeden z nich staje na czele buntu chłopskiego, drugi, na czele wojsk do stłumienia tego buntu. Jeden z nich ginie w pojedynku z byłym przyjacielem, drugi zostaje okaleczony a sama kniahini kończy obłędem. To film polsko – białoruski, kręcony na starych kresach Rzeczpospolitej Narodów, w Kamieńcu Podolskim, Chocimiu.

Był moralnym triumfatorem wśród publiczności Festiwalu Filmów Polskich w Gdańsku, gdzie jury składało się z osób co najmniej mi niechętnych: Adam Michnik, Kazimierz Kutz, Iza Cywińska, ks. Józef Tischner. Jednak ksiądz prof. Tischner dał wywiad, w którym powiedział, że ten film przyjęty był bardzo dobrze przez całe jury i powinien być szeroko rozpowszechniany, zwłaszcza wśród młodzieży. Mimo to, a może dlatego, intryga „Gazety Wyborczej” i uległość szefa kinematografii wobec tej redakcji sprawiły, że zaraz po jednorazowym pokazie premierowym, „Siwa legenda” zniknęła z ekranu i pozostaje do dzisiaj nie znana polskiej publiczności.

To film o międzynarodowej obsadzie. Z Polaków grają znakomita Iwona Katarzyna Pawlak, bohaterka wyprodukowanego w moim zespole „Nad Niemnem”, hitu polskich ekranów, (14 000 000 widzów tylko w kinach, nie licząc serialu telewizyjnego), Maria Probosz, Leon Niemczyk, Józef Fryźlewicz, Michał Szewczyk. W głównych rolach męskich – ulubieniec rosyjskiej publiczności Łotysz Iwar Kałnynsz i Lembit Ulfsek, Estończyk, laureat głównej nagrody w Wenecji za tytułową rolę Dyla Sowizdrzała w filmie  Ałłowa i Naumowa. Gra też laureat z Wenecji Genadij Garbuk za film „Dwoje”. „Siwa legenda” to film bardzo „koński”. Przez cały okres zdjęciowy miałem do dyspozycji 50 koni. Pracowałem z polskimi i rosyjskimi kaskaderami. I przekonałem się, że w każdym kraju, jak i w Polsce, ludzie mający bliski kontakt z przyrodą i jej tak wspaniałymi reprezentantami, jakimi są konie, niczym się od siebie nie różnią:  są szlachetni, uczciwi, odpowiedzialni i jako ludzie maja prawo pisania się z dużej litery. A w Polsce, gdzie koń reprezentował nie tylko piękno w obrazach Rodakowskiego czy Kossaków, ale i był uczestnikiem walki o niepodległość kraju, cieszy się  szacunkiem i miłością, czego dowodem było poświęcenie się studentki ratującej życie zaprzyjaźnionego konia, od  której zacząłem ten artykuł.
Koniec

Bohdan Poręba